poniedziałek, 30 stycznia 2012

Kłamstwo czy PR?

- Makijaż i dobra fryzura jeszcze żadnej nie zaszkodziły – powiedziała bohaterka jednego z amerykańskich filmów. I coś w tym jest.

 Przed wyjściem z domu lepiej nałożyć jakieś pudry, róże, pociągnąć rzęsy tuszem, a włosy zgrabnie ułożyć. Lepiej też przykryć wypryski, wory pod oczami, rozświetlić twarz cieniami czy błyszczykiem.

Dobry wygląd dodaje pewności siebie. Jak cię widzą, tak cię piszą. Jak czegoś nie możesz załatwić argumentem słownym, pomoże uroda. Ładnym i zadbanym jest w życiu łatwiej. Itp.

Dlatego K. skorzystała z fryzjera, kosmetyczki i makijażystki, zanim spotkała się ze swoim ukochanym, którego dawno nie widziała.

A może nie ma co udawać?

- Zwracam uwagę na urodę, to naturalne, nie? A ty nie patrzysz, czy facet jest przystojny? – pyta W.
- Kiedyś obudziłem się rano, obok leżała A., spojrzała na mnie i uśmiechnęła się, a ja widziałem tylko jej zmarszczki. A przecież nie jest taka stara! Miałem ochotę uciec! – opowiadał niegdyś G.
- Tak, poranki obnażają prawdę – przyznaje K.
- Nie boisz się, że kiedyś i tak prawda o twym wyglądzie wyjdzie na jaw? I rozczarowanie będzie tym większe?

I jeszcze jedna sytuacja. Kupując bieliznę A. wybierała bieliznę typu push-up (tzn. stanik podnoszący, powiększający optycznie piersi). S. odradzała: - Po co ci taki? Jak dojdzie co do czego, to on przecież i tak się przekona…

2 godziny później. W samochodzie z B. i C.
- Przecież pierwsze wrażenie jest najważniejsze. Dziewczyna bez makijażu, z nieułożonymi włosami i kiepsko ubrana nawet nie zwróci mojej uwagi – mówi C.
- Też wolę zadbanych mężczyzn. Może bez makijażu, ale z ładnie wystylizowanymi włosami i w dobrych ciuchach – potwierdza B.
- Ale z tym łóżkiem to bzdura! Żaden z moich kumpli nigdy nie skarżył się, że dziewczyna rano wyglądała brzydko. A wieczorem? Hmm, gdy dojdzie do tego, że mężczyzna z bliska zobaczy ten push-up, to uwierz, na wielkość piersi wtedy na pewno już nie zwróci uwagi, inne rzeczy będą ważne…
- Nie chodzi o to, by codziennie mieć tonę makijażu na sobie i włosy spryskiwać litrami lakieru. Widziałaś dzisiejsze gimnazjalistki? One często mają więcej na sobie niż 30-latki. Brr. Ale z drugiej strony jak kobieta przed ślubem dba o siebie, a po nim kosmetyki odstawia na bok i nawet nie chce jej się pomalować odrostów, to źle wróżę jej małżeństwu.
- To naturalność powinna być w cenie – próbuję przekonać rozmówców.
- Ale z natury właśnie chcemy wyglądać jak najlepiej. I wszyscy różnymi metodami dbamy o swój PR. W firmie, w biznesie, także prywatnie. A jak cię widzą…

czwartek, 26 stycznia 2012

Nie ma przypadków?

Kiedy jesteś przemęczona, bez makijażu, kiepsko ubrana, bo właśnie wyskoczyłaś do sklepu po pieczywo i mleko, i spotykasz jego, swojego eks – przypadek?
To ma ukryte znaczenie, nie ma przypadków….
Od miesiąca po głowie chodzi ci piosenka, której tytułu i wykonawcy za nic sobie nie możesz przypomnieć. I nagle na małej półeczce w sklepie ze ‘wszystkim’ – szukając serwetek -  znajdujesz TĘ płytę. Przypadek?
Wyczekałaś, nie ma przypadków…
Marzy ci się wyjazd, gdzieś daleko, gdzie ciepło, oderwanie od realności, odpoczynek… I nagle podczas obiadu, gdy siedzisz w firmowym barku nad talerzem placków ziemniaczanych, dostajesz propozycję bezpłatnego rejsu po Morzu Śródziemnym… Przypadek?
No co ty, zasłużyłaś. Nie ma przypadków.
Spacerujesz po obcym mieście, w obcym kraju, za oceanem, głodna, narzekając na ich ‘napuszony’ chleb i kiepskie sałatki ziemniaczane. I nagle spotykasz Polaków, którzy… prowadzą sklep z polskim jedzeniem, do którego cię zapraszają i częstują pysznymi swojskimi kanapkami. Przypadek?
Po prostu Polacy są wszędzie. Nie ma przypadków.
Wchodzisz do sklepu i na wieszaku wisi sukienka: śliwkowa, dobrze skrojona, z idealnym dekoltem, z małym rozporkiem z tyłu, jak ulał pasująca do twego nowego żakietu. Zerkasz na cenę. Ups. Dwukrotnie więcej, niż możesz sobie pozwolić. Ale kupisz, bo jest ładna, opłaca się, Będziesz jeść chleb i wodę, ale sukienka zrekompensuje tę przymusową dietę… A może jednak cię na nią nie stać? Bzdura, zaoszczędzę na czymś innym. I nagle kolejny problem: nie ma twego rozmiaru. Zrozpaczona wychodzisz ze sklepu. Przypadek?
Tak miało być, kończ z rozrzutnością. Nie ma przypadków.
I jeszcze typowy serialowy przykład: nie zdążyłaś na pociąg albo wróciłaś wcześniejszym samolotem i zastałaś swego męża z inną (lub – jak ostatnio Na Wspólnej – z innym). Przypadek?
Nie ma przypadków. On jest draniem, zawsze ci to chciałem powiedzieć…
A może nie przesadzajmy?
Gdy jedna z bohaterek „Gotowych na wszystko” mówi do drugiej: -To przypadek! Ta odpowiada: - Nie ma przypadków. Na to Gaby: -Gdyby nie było przypadków, nie istniałoby takie słowo. ;)
Samych pięknych przypadków Wam życzę.

środa, 25 stycznia 2012

Deskowanie

Podziwiam ludzi z pasją. Ania robi prześliczną oryginalną biżuterię, zarówno z kamieni, nici jedwabnych, jak i z… gwoździ czy łańcuchów. Juliana wymyśliła i szyje urocze filcowe torebki, które łączą klasykę i oschłość ze słowiańskimi zdobieniami. Sara pasjonuje się modą i superciuchy potrafi znaleźć nawet w ciuchlandach; potem łączy te fatałaszki z czerwonymi szpilkami, torebką vintage i… umieszcza na swym blogu, który ma rzesze fanów. Podziwiam Muzamana, czyli Przemka, który uprawia beatbox i za pomocą gardła, języka, ust naśladuje różne instrumenty. Siły i odwagi zazdroszczę Michałowi i innym, którzy uprawiają wspinaczkę skałkową i za przygodą potrafią wyjechać nawet do RPA.
Ale zrozumieć nie mogę… PLANKINGU.

Planking (za Wikipedią) to zabawa polegająca na kładzeniu się w miejscu publicznym, na brzuchu, twarzą w dół i z rękami wyciągniętymi wzdłuż ciała, i fotografowaniu się w takiej pozycji. I tak np. ludzie – widziałam na filmie – kładą się na stole w restauracji, na czubku pomnika w centrum miasta, na skrzynce pocztowej na chodniku oraz w naprawdę dziwnych i często niebezpiecznych miejscach. W maju ub. roku pewien Australijczyk, bawiąc się w planking na balkonie, zabił się spadając z siódmego piętra. Po tej tragedii nawet premier Julia Gillard zaapelowała do graczy w planking o szczególną ostrożność.

Nazwa planking pochodzi od angielskiego słowa plank czyli deska; planking dosłownie to deskowanie. ;)
Planking zrobił furorę w 2011 roku. Do Polski dotarł, ale nie stał się tu tak popularny. A to dziwne, bo Polacy lubią bezsensowne wygłupy, zwłaszcza po dużej ilości alkoholu… Dla mnie jedyną fascynująca rzeczą w plankingu jest… samo leżenie. Ale wybieram kanapę. I leżenia nie nazywam pasją czy aktywnością. Ani zabawą. Zwykle. ;)

PS Polecam:
www. misscferreira.blogspot.com i www.farbotka.pl oraz profil Anny Dziurawiec na fb.

wtorek, 24 stycznia 2012

To tylko telewizor

- Dzień dobry. Chciałam kupić telewizor.
- A jaki?
- Jakiś ładny i nieduży. Może 26 cali? I cenowo około tysiąca.
Mina sprzedawcy w MM – bezcenna. Mieszanina zdziwienia, dezaprobaty i… pogardy.
- 26-calowe mamy tylko dwa, te tutaj. Ale i tak są nieco droższe… Dziś tak małych się nie opłaca kupować.
I sprzedawać - domyślam się.
- Ale ja nie potrzebuję większego.
- To proszę się jeszcze zastanowić.
- Może pan jednak nam coś o tych telewizorach opowie?
Sprzedawca zdumiony musiał jednak kilka zdań o telewizorach sklecić, zbytnio nie zachęcając jednak.

Mały telewizor? Za tysiaka?
Przecież telewizor świadczy o statusie jego właściciela. Trzeba mieć duży ekran w salonie, nawet jeśli nie mamy czasu go zbytnio oglądać. Rodzina w święta będzie podziwiać, na pytanie kolegi od niechcenia rzucisz ’47 cali’ i uznaną markę z górnej półki, nie jakieś badziewie. I nie musisz się przyznawać, że kupiłeś na raty.

Joey w serialu „Przyjaciele”, miłośnik telewizji, a dokładnie pornoli i serialu „Słoneczny patrol”, na słowa znajomej, że nie ma telewizora, mocno zdziwiony odpowiedział: - To według czego ustawiasz meble w salonie? 

- Zdecydowała Pani?
- Na razie dziękuję, rozejrzę się jeszcze.

Dlaczego jest mi niezręcznie? Czy to, co czuję, to… wstyd? Przecież tysiąc złotych to nie tak mało. Można za to kupić płaszcz i kozaki albo 20 płyt z muzyką, albo połowę tygodniowych wczasów w Egipcie, albo skórzaną pufę, albo 2 bilety w obie strony tanimi liniami do Paryża. Dlaczego jest mi niezręcznie? Przecież telewizor wbrew pozorom nie jest – tak jak np. lodówka - produktem niezbędnym i nie musi być dużych rozmiarów… Przecież nie będę tłumaczyć temu sprzedawcy, że zamiast dużego telewizora, który i tak by mi zagracił pół pokoju, wolę kupić parę książek, brakujące garnki, zaplanować kino i knajpę. Życie to ciągłe wybory, duże i małe.

OK, brakuje czasu. Przyjedziemy jutro.

Kolejny dzień, kolejny sklep. Telewizorów 26-calowych bodajże 5. I to bez rewelacyjnych opcji, za to cenowo droższe.
– Może jednak pomyślisz nad trochę większym? – M. delikatnie rozpoczyna przekonywanie.
- I będę go oglądać z kuchni?
- 32-calowy nie jest aż tak duży, a tu wybór jest znacznie większy i te telewizory mają więcej atutów. I ceny są niewiele wyższe od 26-calowych.
- Ale czy tego potrzebuję?
- To inaczej: który Ci się podoba?
- Hmm. Różnica niewielka, wszystkie mają czarną obudowę…
- Ważne, co mają w środku.
- No właśnie, pewien technik przekonywał, że nawet najsłynniejsze marki w środku mają elementy 3 różnych mniejszych firm. Po co więc kupować telewizor ze względu na nazwę?
- Nie na nazwę, tylko na markę i na potrzebne opcje.

Uległam. Niech będzie 32-calowy. A skoro tak, to niech ma najważniejsze opcje: LCD, LED, 100 Hz, Full HD, opcja odtwarzania filmów czy zdjęć przez USB… 

- Poproszę telewizor.
- Który?
- Ten – wskazuję na półkę.
- Spośród telewizorów tej wielkości wybrany przez panią jest najlepszy, ma prawie wszystko, co powinien mieć.
Rosnę z dumy, M. się cieszy.
- Ups. Tylko został nam z ekspozycji… Sprawdzę drugi sklep. Tam też tylko ekspozycja. Przykro mi. Ale dwa egzemplarze są w sklepie w Świdniku.  
Dziś już nie ma czasu. Po 15-tej Lublin zakorkowany.

Kolejny dzień, tym razem w południe, jedziemy do Świdnika. Wyjazd z centrum Lublina, zakup telewizora i powrót zajmuje mniej niż poprzednie wyprawy.
Dobierając pieniądze z bankomatu przez kilka dni (limit dziennych wypłat) uskładałam stosowną kwotę. Znacznie wyższą od pierwotnie zakładanej. I zostanie jeszcze w portfelu na obiad i kawę.
- Poproszę TEN telewizor.
- Dobrze, już idę do magazynu. A specjalną listwę pani ma? Bo inaczej nikt nie uzna pani ewentualnej reklamacji.
- Ile kosztuje ta listwa?
- Tylko 79 zł.
Taa, kolejny zakup… Ja to potrafię zaoszczędzić. Aż boję się sprawdzać stan konta.
- Poproszę.
- Płaci pani kartą czy gotówką?
- Telewizor gotówką, listwę kartą.
Co za czasy…


 


poniedziałek, 23 stycznia 2012

Czysta przyjemność


Poniedziałek. Od rana praca. W tzw. wolnym zawodzie wiele może zaskoczyć, nie zawsze więc o 8:00 wiem, co będę robić o 15:00 czy 19:00. A tu jeszcze trzeba zaległości „biurowe” uzupełnić, a tu zgrać wywiad na płytę dla gościa, a tu telefon – który wczoraj milczał –dzwoni co chwila. Trudno więc dziwić się, że wieczorem człowiek marzy o jedzonku, wygodnym fotelu, chilloutowej muzie (ewentualnie kolejnym odcinku „Na Wspólnej” lub „Dr House” ). Dlatego tym bardziej cieszy, gdy – wbrew zmęczeniu czy nawet wbrew logice – uda się czas wolny zagospodarować innymi przyjemnościami. Zwłaszcza niezaplanowanymi.

Poprzedni tydzień był cudowny. Pracy sporo, ale… Najpierw genialni „Bracia Karamazow” Teatru Provisorium – spektakl z wyższej półki (oczywiście oglądałam, nie grałam…). Potem mini-koncert Čači Vorba w Szerokiej i pieszczoty gardła w wydaniu pigwówki oraz sałatki z boczkiem i kurkami. Do tego „Sztukmistrz z Lublina” w wersji jednego aktora w świetnym wykonaniu Witka Dąbrowskiego, z bajglami na deser. I choć po spektaklu musiałam wrócić do pracy, to jednak taki kolejny kulturalny wieczór wyłącznie dla przyjemności, nie z zawodowego obowiązku, był nieoceniony. 

W piątek telefon:
- Aga, przyjdź do mnie, mąż ma nocną zmianę, córka u rodziców, będzie K. i coś dobrego…   
- Ale ja od rana w pracy, potem kupuję telewizor i jeszcze jakąś debatę na KUL-u prowadzę
- Daj spokój, piątkowy wieczór trzeba wykorzystać.
I ma rację M. Wieczór więc spędziłam śmiejąc się, plotkując, dyskutując, jedząc, pijąc, a w tym wszystkim towarzyszyła nam Adele występująca w Royal Albert Hall.

Piątek piątkiem, ale sobota w domu, i to w imieniny, nie jest najlepszym pomysłem. Szybkie telefony i wiadomości na fb i tak wyszło kino, w którym do rozwiązania zagadki prowadził Craig – Bond i „Dziewczyna z tatuażem”. Zamiast wykwintnie podanego w filmie łosia zjedliśmy sałatkę z łososiem, a potem kolejne puby, kolejni znajomi, którzy do nas dołączali, kolejne smaki podane na stół, kolejne toasty…
Niedziela spokojna. Skoro dzień wolny, a schabu kupionego trochę więcej, koniecznie obiad należy zjeść w miłym towarzystwie. I poleniuchować w towarzystwie też.

To był udany tydzień.
Nie piszę tego po to, aby się chwalić. Nie piszę też po to, by podkreślić, że nad Creamy czy Fashiony wolę teatr lub restaurację. Po prostu po raz kolejny stwierdzam, że czas spędzany w dobrym towarzystwie jest nieoceniony. Gdy dołożymy do tego ciekawe wydarzenie kulturalne lub rozrywkowe, stanie się bezcenny. A NAJLEPSZE są wyjścia niezaplanowane.

Kilka tygodni umawiałyśmy się z K. i E. do kina. I nie mogłyśmy znaleźć wspólnego terminu, wciąż coś wypadało. Kilka miesięcy wybierałam się na „Sztukmistrza…”, ale przeszkadzały w tym obowiązki, zmęczenie lub lenistwo. Gdy więc w środę Witek zaprosił na spektakl czwartkowy – bez wahania i z przyjemnością zaproszenie przyjęłam.
Poza tym zauważam, że im więcej robię w pracy, tym intensywniej mam ochotę odpoczywać i odreagowywać. A gdy weekend wolny i leniwy, tym bardziej leniwie do całotygodniowych obowiązków podchodzę.

Wiem, puenta tego tekstu nie jest ani zaskakująca, ani ambitna. Po prostu: nieplanowane spotkania w miłym gronie (i z dodatkowymi niespodziankami) mają na mnie pozytywny wpływ i to procentuje. Potrzeba tylko chęci, towarzystwa i pretekstu. Czego sobie i Wam życzę.

środa, 18 stycznia 2012

Bóg, diabeł, seks, kasa, wódka...


Kiedy ostatnio wyszliście z kina, teatru czy z imprezy artystycznej w takim stanie ducha, że nie potrafiliście wrócić do rzeczywistości? Że wciąż byliście przy „tamtych” bohaterach, sytuacjach, miejscach? Że nurtowały was kwestie, poruszone przez aktorów?
Mnie zdarza się to rzadko, dlatego każde takie wydarzenie jest cenne i odnotowuję je z lubością. 

„Bracia Karamazow” w przekładzie Cezarego Wodzińskiego i w reżyserii Janusza Opryńskiego (Teatr Provisorium) zrobili na mnie niesamowite wrażenie. Pytania o istnienie Boga i jego ewentualną zgodę na cierpienie maluczkich, pytania o diabła i nieśmiertelność, kwestie rozpustnego trybu życia, na który „wszyscy narzekają, a wszyscy tak właśnie żyją”, problem wolności i jej ceny – to dudni w uszach i nie pozwala zapomnieć. I jeszcze rola krwi, genów – determinują nasze życie, czy nie? Zmuszają do kochania rodziny czy wręcz przeciwnie („łatwiej kochać obcych, tych, których nie znamy…”)? Czy są wymówką dla naszych niecnych postępków? „Ja jestem Karamazow…”

Ach, i jeszcze trzy różne kobiety: biała, czerwona i niebieska. Każda inna. Jedna chce mężczyzny z problemami, by móc go uratować. Druga kocha i oszukuje, mami i mota. Trzecia skrzywdzona pragnie innej krzywdy, bo takiego życia jest nauczona. Czy my, kobiety, naprawdę nie potrafimy sobie życia ułożyć bezproblemowo, tylko same pakujemy się w kłopoty? Na ile dobre intencje mogą przynieść owoce głupich wyborów?      

Do tego dobra gra aktorów (momentami widoczne przemęczenie, w końcu spektakl trwał prawie 3 godziny i był drugim tego dnia), ciekawa aranżacja przestrzeni i scenografii, trafnie dobrana muzyka (świetny akordeon czy harmonia podkreślające burze w rosyjskiej duszy; tylko tej muzyki było dla mnie za mało), dobre proporcje tragizmu, problemów i filozofii oraz dowcipu i żonglowania słowem. To sprawia, że po spektaklu nie można po prostu pójść do knajpy czy do domu i czytać kolorową gazetkę.
Trzeba myśleć. Mózg jest wymagający. Na co dzień używany do rozwiązywania zadań w pracy i pilnowaniu świateł podczas jazdy samochodem, każe nam skupić się na czymś ważniejszym. Wszak pytania o Boga czy sens naszego życia są ważne. A od takich rozważań na co dzień uciekamy. Bo jeszcze wnioski wyszłyby takie, że trzeba by postarać się, przemóc, sprężyć i zmienić swe życie. A przecież – nawet jak narzekamy – to nam wygodnie. 

Lubię wydarzenia artystyczne, które zmuszają mnie do myślenia, które nie dają o sobie zapomnieć. 
Na lubelskiej scenie teatralnej choćby i „Makbet” w reżyserii Leszka Mądzika i zabawna „Komedia Teatralna” wywołały emocje. Ale to obejrzana przed laty Wielka Improwizacja, wykonana przez niezwykle wiarygodnego Jacka Króla w „Dziadach”, sprawiła, że świata wokół siebie nie widziałam. To nie był teatr. Ja naprawdę byłam świadkiem zmagań Konrada, jego buntu wobec Boga, jego walki. Nareszcie naprawdę zrozumiałam Wielką Improwizację.
I takich przeżyć sobie i wam życzę jak najwięcej.
 

wtorek, 17 stycznia 2012

Kup, by zaoszczędzić


- Nie masz internetu w domu???
- Nie, mam w pracy, to wystarczy.
- Ale po pracy możesz oglądać filmy ściągane z netu, rozmawiać przez Skype ze znajomymi, sprawdzić prognozę pogody na następny dzień czy rozkład jazdy MPK.
- Jakoś nie czuję potrzeby. A poza tym muszę oszczędzać. Kredyt hipoteczny, czynsz, rachunki….
- Ale to raptem kilkadziesiąt złotych.
- Wolę je wydać na książki albo knajpę.
- Daj spokój, teraz są takie promocje i atrakcyjne oferty, że możesz sobie na to pozwolić. A dzięki internetowi w domu będziesz czuć się swobodniej, bliżej świata.

Dałam się skusić i postanowiłam więc kupić internet.
- Weź w Orange, masz w tej sieci telefon, będzie taniej.
Nie jest.
- Sprawdź Playa, jest opłacalny.
Nie dla mnie.
- Podłącz Netię. Opłacalne zwłaszcza dla rodzin. I możesz mieć telefon.
Nie chcę. I wszędzie umowy na 24 miesiące.
- Sprawdź, w jakiej firmie mają internet twoi sąsiedzi.
Sprawdziłam. UPC.

Internet – drogi. Ale miła pani przekonywała mnie, że opłaca się zwłaszcza w pakiecie z telewizją cyfrową i telefonem. A ja mam analogową, którą odbieram w swym małym telewizorze. I nie potrzebuję lepszej. – Ale zaoszczędzi pani, zwłaszcza na telefonach za granicę. – Ale ja nie potrzebuję telefonu stacjonarnego, by z niego dzwonić za granicę.
- To może chociaż pakiet 2 w 1? Internet z telewizorem. Zaoszczędzi pani. Zamienimy telewizję analogową na cyfrową, więcej kanałów, plus internet w komputerze tylko za xxx zł.
- Ale nie wiem, czy potrzebuję aż tylu kanałów…
- Telewizja cyfrowa, większa liczba programów i internet w atrakcyjnej cenie. To się opłaca.
Policzyłam. W sumie to tylko 55 zł miesięcznie więcej. A co tam, stać mnie.
- To poproszę.
- Aha, jeszcze tylko dekoder do telewizji kosztuje 99 zł. Płatne przy pierwszej fakturze dopiero. Natomiast montaż jest bezpłatny.
No tak, jeszcze 99 zł… Trudno, jednorazowy wydatek. Przeżyję.
- Proszę wierzyć, w porównaniu do innych kwot to i tak opłacalne. Kiedy umówić technika?

W sobotę przyszedł miły pan.
Po 20 minutach i próbach podłączenia trzech dekoderów okazało się, że mój stary, mały, wysłużony telewizor ma niesprawne eurozłącze. Żeby odbierać telewizję cyfrową, muszę… kupić nowy telewizor.
No to zaoszczędziłam.
 


poniedziałek, 16 stycznia 2012

Ksiądz i koperta


Ile dać „księdzu po kolędzie”? Na przełomie grudnia i stycznia to pytanie co roku pojawia się w wielu domach. Jeden z lubelskich dzienników podał ostatnio, że kwoty, które na ten cel przeznaczają lublinianie, wahają się od 10 do 100 zł. Temat „koperty” w kontekście wizyty duszpasterskiej to jednak i tak sprawa drugorzędna. Kwestia, o co tym razem ksiądz zapyta i do czego się przyczepi, jest numerem jeden. 

A: - Jak zwykle zapyta o dzieci, o pracę, o męża i jego pracę. I tak będzie męczył…
B: - U mnie to o nic nie pyta, byle szybciej, wziąć kopertę i dalej.
C: - U nas akurat podczas wizyty będzie tylko mama. I dobrze, bo mnie co roku męczy, kiedy wreszcie się ożenię.
D: - Mojego brata i bratową spytał, kiedy w końcu wezmą ślub kościelny. Gdy odpowiedzieli wykrętnie, to przypomniał im, że żyją w grzechu i że Pan Bóg tego nie lubi.
E: - Ostatnio na wzmiankę, że tato pracuje za granicą i w domu jest raz na miesiąc, powiedział, że to źle wpływa na dzieci i rodzinę, że grozi rozwodem i lepiej, żeby pracował na miejscu. Spytałam więc go, czy załatwi mu pracę? Odrzekł, że ksiądz nie jest od tego.
F: - A ja tam lubię, jak przychodzi. Przynajmniej można się pochwalić pracą, rodziną, nowym zestawem wypoczynkowym… Ksiądz zresztą też chyba to lubi. Raz poczęstowałam go herbatą. Poprosił mnie o numer telefonu, komentując mój zawód i mówiąc delikatnie, że takie kontakty mogą mu się przydać. 
G: - Jak byłem młody i czekałem na księdza sam w domu, bo rodzice byli w pracy, to przyszli do mnie koledzy i graliśmy w ping-ponga na zwykłym stole. Trochę nas zaskoczył i nie zdążyliśmy odrzucić rakietek. A on huknął: - Co to za wygłupy? Mógł inaczej zagadać do dzieci…
H: - U mnie bywa kilka minut, szybko - szybko, parę zdawkowych pytań i tyle. Nawet zeszytu do religii Julki nie chciał oglądać.
I: - Od sąsiadki w zeszłym roku nie wziął koperty. Ale ona naprawdę jest uboga, to dobrze, że tak postąpił.
……………………….
Piątkowe popołudnie. W moim bloku ksiądz ma chodzić od 15:30. Większość mieszkań wynajęta przez studentów, więc pewnie połowa lokatorów nie otworzy drzwi. Sąsiadka z naprzeciwka – gdy byłam na korytarz by zamieść pod wycieraczką – akurat wychodziła z dużą walizką. 
Wróciłam z pracy wcześniej, by co nieco ogarnąć mieszkanie. W ubiegłym roku nie miałam ani kanapy, ani fotela, ani stolika. Zakupiony krzyż i kropidło wraz ze świecami ustawiłam na regale, z którego wcześniej zdjęłam sprzęt grający i telewizor. A że nie miałam obrusa, to rozłożyłam… fioletowe serwetki. Cóż. Przynajmniej pod kolor do dywanu. Ksiądz zrozumiał, że mieszkam tu od niedawna i że dopiero się urządzam. Zresztą, okazało się, że mamy wspólnych znajomych, a rzucając okiem na mój regał z książkami jakimś cudem od razu wyłowił z niego brewiarz. Zapunktowałam. 

Tym razem było nieco inaczej. Stolik przykryłam sprezentowanym mi przez mamę białym obrusem. Ustawiłam na nim krzyż. Uznałam, że dla różowych szklanych świeczników nie ma tam miejsca, więc obok krzyża ustawiłam małe świeczki – uniwersalne wkłady do ozdobnych lichtarzyków. O zapachu konwalii. Do tego kropidło, które miało być użyte po raz drugi w jego życiu, i biała ozdobna misa z wodą (kranową, która wkrótce miała się stać święconą). Na brzegu stołu – żebym o niej nie zapomniała – biała koperta ze stosownym banknotem wewnątrz. 
Ciekawe, który ksiądz przyjdzie, Ten z ubiegłego roku został przeniesiony. W kościele parafialnym (do którego należę od kilkunastu miesięcy) bywam rzadko, więc i tak księży zbytnio nie znam.      

Jeszcze tylko szybko umyłam podłogę, poprawiłam narzutę na łóżku i poduszki, ustawiłam buty w przedpokoju. Zapomniałam przetrzeć lustro. Trudno. Zrobiłam sobie kawę.
Już po 16-tej. Zaczęłam nasłuchiwać. I lekko się stresować, jak przed ważnym wywiadem lub wizytą w gabinecie prezesa. 

Pukanie do drzwi. Otwieram. Ksiądz z brodą i w okularach, ubrany w sutannę, uśmiechając mówi „Szczęść Boże”. Zapraszam go do mieszkania. Podaje mi rękę. Kiedy to ksiądz podczas kolędy podał rękę na przywitanie? Zapraszam go dalej, do pokoju. – Pomodlimy się? – pyta. – Słucham? – odpowiadam ze zdziwieniem. – Pomodlimy się na początek? – ponawia pytanie. – Oczywiście – odpowiadam zdumiona. To znaczy, że nie wszyscy, którzy przyjmują księdza po kolędzie, robią to w duchu religijnym. Po wspólnym „Ojcze nasz” uprzedzam księdza, że woda w misce nie była święcona. Ten prosi o sól, dosypuje jej do wody, "uświęca" ją, a potem wprowadzając w ruch kropidło błogosławi także moje mieszkanie, mnie i rodzinę.
- Mogę usiąść?
- Tak, oczywiście.
- Skąd się znamy?
- Nie wiem. Z kościoła?
- Nie, twarz znajoma…
- Księdza chyba też, ale jakoś nie mogę sobie przypomnieć…  Może kawa? Herbata?
- Dziękuję, chętnie napiłbym się wody.
- Z sokiem malinowym? – dopytuję idąc do kuchni. I nagle przebłysk. – Czy ksiądz ma na imię Tomek?
- Cha cha cha…. Agnieszka K.! Wiedziałem, że się znamy! – śmieje się ksiądz.

Tak, poznaliśmy się z 10 lat temu. W Centrum Duszpasterstwa Młodzieży. Czasy studiów. Czasy spotkań, imprez, obozów, współpracy z mediami (w obu przypadkach). I nie widzieliśmy się kilka lat. Zaczęliśmy więc wspominać dawne dzieje, wspólnych znajomych. Porozmawialiśmy o pracy w radiu i w parafialnym kościele. I tak zleciało 45 minut. Bez trudnych pytań o męża i dzieci. 

Szkoda tylko, że kropidło po raz kolejny zostanie użyte dopiero za rok. I ciekawe, jaki ksiądz wówczas odwiedzi mnie z wizytą duszpasterską. I ciekawe, co w moim życiu przez ten rok się zmieni. Może będę musiała się przygotować na inne ‘trudne’ pytania.

piątek, 13 stycznia 2012

Seks, po prostu seks.

To moje pierwsze doświadczenie w prowadzeniu bloga. Patrząc na statystyki wejść na stronę nie bez zdziwienia stwierdzam, że mam sporo kolegów, dobrych znajomych i przyjaciół, którzy czytają me wypociny. Za to Wam bardzo dziękuję.

Dotychczas post o bezpruderyjnych (okraszony zdjęciem pań o dłuuugich nogach) miał najwięcej odsłon. Sprawdzić więc chciałam, czy przypadkiem na hasło "seks" tych odsłon nie będzie jeszcze więcej. W tym celu nawet popełniłam skromny zakład. ;)
Uczestniczycie więc w moim małym eksperymencie.
Oto artykuł o seksie: seks, seks, seks.
Dobrego weekendu! ;)

PS Następny post będzie ciekawszy, obiecuję.

czwartek, 12 stycznia 2012

Start!


A: - Jutro mam ciężki dzień… O 8:30 zebranie, od 9:00 audycja, potem nadrabiam zaległości komputerowe, montuję materiały koleżance na wieczór, o 17:00 mam nagranie w Trybunale, o 18:00 w Ośrodku  Brama Grodzka, wracam do radia, montuję i o 23:00 znowu (wyjątkowo) audycja w zastępstwie za kolegę… A w piątek od rana warsztaty, popołudnie w radiu… Jedyną rozrywką będzie kawa.
K: - Ja jutro też mam niewesoło … Najpierw praca w szkole, potem biegnę do firmy, a wieczorem najpierw sprawdzam klasówki, potem tłumaczę teksty na stronę internetową.
A: - Chciałabym mieć pracę od 7:00 do 15:00, żeby  przyjść do domu, nie mieć szczególnych obowiązków, tylko odsmażyć coś z poprzedniego dnia, dla relaksu wrzucić pranie do pralki, poplotkować z siostrą przez telefon, zrobić sobie dłuuugą i pachnącą kąpiel, nawilżyć twarz maseczką z melona i położyć się z książką Jo Nesbo, przy wtórze nastrojowej składanki z płyty „Wądoł Records nr 2”… Czy to możliwe?
K: - Nie, ty nie masz wanny, tylko prysznic. A poza tym kto dziś pracuje „od - do?”
A: - No tak. Moja mama niby pracę ma do 15-tej, ale po ugotowaniu obiadu zasiada do stołu obficie zastawionego fakturami, teczkami i kwitami, bo prowadzi działalność gospodarczą paru znajomym.
K: - A moja koleżanka pracuje w dwóch publicznych szkołach, dorabia wieczorami w szkole językowej i udziela korków. Że też jej się lekcje nie pomylą…
A: -Piotr pracuje w samochodzie, codziennie jeździ do klientów, przynajmniej raz w tygodniu udaje się do Warszawy, tam załatwia obowiązki, nocuje i wraca. Marcin od poniedziałku do piątku zajmuje się dzieckiem, bo żona jest prawnikiem. Ona w weekendy ma wolne, on nocami jest DJ-em w klubach.
K: - Kurczę, czy ktoś dziś pracuje „normalnie”?
A: - A co dziś znaczy: „normalnie”?

środa, 11 stycznia 2012

Miłość?

Miłość.
Najważniejsza.
Warta poświęcenia.
Dla niej można zrobić wszystko.

M. i K. pochodzili z sąsiadujących ze sobą miejscowości. Mijali się na gminnych imprezach typu dożynki i dyskoteki z zespołem przygrywającym "na żywo". Bywali w tych samych pubach. Ale poznali się u wspólnych znajomych w miasteczku na Podlasiu. Kilka spotkań. Pierwszy pocałunek. Regularne randki. Naturalne planowanie małżeństwa i rodziny. Ślub. Huczny, dwudniowy, bo takie robi się jeszcze na wsiach. I sielanka. Krótka, bo M. poroniła. Ale z pierwszy dzieckiem tak czasem bywa.

Ona dochodziła do siebie, on pracował, jeżdżąc za granicę. Początkowo mieszkali u jego rodziców. Ale to nigdy nie służy młodemu małżeństwu. Jej wuj w wiosce oddalonej o 30 km miał mały dom. Sam stary, bezdzietny, postanowił dom i działkę przepisać na M., córkę siostry. Chciał tylko tam mieszkać do śmierci. Nie był młodym uciążliwy. Tylko działka zbyt oddalona od asfaltowej drogi, bardziej w polach, ale dzięki temu spokój mieli zapewniony. M. i K. przy wsparciu obojga rodziców wyremontowali chatę. Z zewnątrz wyglądała jak zwykły dwuizbowy dom, ale w środku była dobrze wyposażona. W salonie plazmowy telewizor, laptop, w kuchni gazowa kuchenka i mikrofala, w łazience z granatowo-błękitną terakotą i glazurą stała duża wanna i mała automatyczna pralka. 

Ona poroniła po raz drugi. Ale nic się nie stało, ma rodzinę, siostrę, męża, wsparcie. M. lizała rany i szukała dla siebie zajęcia, on pracował w paru różnych miejscach. O etat ciężko, więc każda praca, także dorywcza w Niemczech i Belgii, była dobra. 
Młode małżeństwo na dorobku. Obie rodziny je wspierały. Ojciec K. pożyczył pieniądze na samochód dostawczy, od którego on zaczął tworzyć swoją firmę. Wszyscy dołożyli się do powstającego na działce od wuja domu. Będzie nowoczesny, z kominkiem w salonie, z zabudowanym poddaszem, z którego ‘skośnych’ okien będzie można nocą patrzeć w gwiazdy. Obowiązkowo z dużym tarasem, na którym rosnąć będą pelargonie. Fundamenty zalano. 

M. znowu w ciąży, tym razem wszystko układało się dobrze. Rodzina kibicowała. Rodzić miała w październiku, ale jeszcze we wrześniu poszli bawić się na weselu jej siostry. Było super. Nie tak sympatycznie, jak na ich weselu, ale i tak ładnie i smacznie. M. i K. wspominali swój ślub i wesele. Och, to był stresujący dzień, ale piękny. Najładniejszą fotografię oprawiła w ramkę i ustawiła na komodzie. Jeszcze kiedyś będzie tak szczupła, jak na tym zdjęciu. Tylko najpierw urodzi Anię. 

Październik. M. urodziła. K. przyjechał po nią do szpitala, zabrał z dzieckiem do domu. I zostawił. Po paru dniach zadzwonił, że wyjechał i nie wróci. Zakochał się. 

K. wyjechał z 19-letnią B. Poznali się na wrześniowym weselu. Ona była druhną, jego brat – drużbą. To nic, że ona młodsza od niego o 9 lat. W końcu oboje pełnoletni. Na Pomorzu mają święty spokój. Mogą wspólnie zamieszkać, bez zobowiązań wobec najbliższych.
Rodzice 19-latki przyjechali do jego rodziców błagać o interwencję u młodych. Ale co mogą zrobić? Zabrać dowód osobisty? Zbić? Nakrzyczeć? W końcu ‘uciekinierzy’ są pełnoletni. Ojciec K. chodzi wzdłuż pokoju i przeklina. Matka 19-latki popłakuje cicho. Są załamani. Ich dzieci nie chcą słuchać starych rodziców. Wiedzą swoje. Kochają się. I nikt inny ich nie obchodzi. 

Tymczasem M. sama zajmuje się niemowlęciem. Po paru dniach spędzonych w towarzystwie wspierających ją na zmianę bliskich, prosi ich o wyjazd. Na wsi zostaje z córeczką i starym wujem. Musi udowodnić, że choć załamana, da radę. Dobrze, że jesień, że nie musi wychodzić z domu. Tylko czasem zerka przez okno na podwórze, gdzie z ziemi wystają fundamenty jej wymarzonego gniazdka. Zerka też na wyświetlacz telefonu, który milczy.

Miłość.
Najważniejsza.
Warta poświęcenia.
Dla niej można zrobić wszystko.
Naprawdę wszystko?


      

wtorek, 10 stycznia 2012

Mezalians

Ona – pani magister w aptece rodziców, on – kurier. Ona – pani adwokat, on – młodszy od niej trener fitness. Podobno takie związki dziś, w XXI wieku, to wciąż…  mezalians. Gdy czytałam o nich artykuł w jednym z kobiecych magazynów, nie mogłam uwierzyć.

Jakie związki by nie były, zawsze znajdzie się ktoś, kto je oplotkuje: a to, że różnica wieku, a to, że ona zarabia więcej od niego, że on przed nią miał 15 innych,  że ona pewnie lubi jego pieniądze albo on leci na jej młodość. Albo – jak wyżej – że są z innych bajek.
Opinią złośliwej koleżanki z pracy lub wiecznie plotkującego kolegi po fachu (tak tak, mężczyźni potrafią) można się nie przejmować. Ale gdy najwięcej barier widzi (lub je stwarza) rodzina, to najczęściej boli. A opisane historie, w których rodzice kobiety odbierają jej pracę i mieszkanie, żeby z braku kasy wróciła do nich i rzuciła niezbyt dobrze sytuowanego kuriera, to doprawdy…. „ciekawe”.

Czy antropolodzy przewidzieli, że w cywilizowanym świecie dorośli ludzie będą pragnęli tak bardzo rządzić innymi i uzależniać od siebie dorosłe osoby rozumne? I nie mam na myśli Hitlera. Przedszkolakowi można (choć nie wiem, co na to Superniania…) zabrać miśka i nie oddać, dopóki łobuz nie posprząta swojego stolika, ale podobne traktowanie dorosłej córki... Z drugiej strony ukrywanie w mieszkaniu ubrań swego chłopaka, by rodzice podczas „nalotu” nie domyślili się, że tu mieszka, to kolejne nieporozumienie. Z takiego obrazka zadowolony może być tylko Dr. House.

I co potem? Wspólne kolędowanie przy suto zastawionym wigilijnym stole i fałszywe rozmowy? A może wyjazd na narty we dwoje i samotnie przez rodziców spędzone święta? Telefony raz na miesiąc, oschłe rozmowy, brak wizyt albo kontakt urwany w ogóle? Jeśli taka wizja przyszłości nie przeraża, to może choć świadomość, że plotki w bloku, w pracy i w rodzinie będą jeszcze większe, da do myślenia. I może doprowadzi do wybaczenia córce, która – o głupia i nierozsądna! – zakochała się w kimś nie z tej sfery…

AKr

PS Wokulskiemu i Łęckiej się nie udało (choć on robił, co mógł, by zbliżyć się do jej sfery, a stary Łęcki nie stał na przeszkodzie). Bohater Zapolskiej stchórzył i posłuchał Dulskiej (szkoda, nie że posłuchał rozumu przed seksem z Hanką). Na szczęście pan Darcy zmądrzał i Elizabeth mu uwierzyła, a pan Bingley też zdecydował się na pannę Bennet. Uff. Mezalianse sprzed dwustu lat były znacznie przyjemniejsze… Dziękuję ci, panno Austen, za ucieczkę z happy endem od szarej rzeczywistości.      

PS 2 Współcześnie jednak też mezalianse można pokonać: wbrew opiniom śmierciożerców i innych zwolenników Lorda Voldemorta małżeństwa mugoli (Hermiona) z czarodziejami czystej krwi (Ron Wesley) podobno są udane ;)

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Bezpruderyjne

Pruderia - to nie jest ani imię żeńskie, ani stolica Peru, ani etui na puder. Zakładam, że czytelnicy tej rubryki wiedzą doskonale, co pruderia znaczy. W przeciwieństwie do uczestniczek - a może i widzów - programu "Łowy Króla Disco".

Otóż niejaki Tomasz Niecik (znany z piosenki o czterech osiemnastkach lub z programu Kuby Wojewódzkiego) wybiera dziewczynę spośród sporego grona 18-, 19- i 20-latek. Wszystkie ładne, atrakcyjne... Ale co robią w telewizyjnym programie „Łowy Króla Disco”? Oprócz efektownego mycia samochodu Niecika odpowiadają na trrrudne pytania: -którą część ciała w sobie lubisz najbardziej? (oczy; piersi; pośladki); -jakie są atrybuty królowej? (uroda; siła; berło i korona); -jakiego koloru jest trawa? (zielona); -jakiego koloru jest niebo? (niebieskie); -co pije krowa? (wodę; wodę; mleko) -jak długo trwała wojna trzynastoletnia? (nie wiem; nie było takiej wojny!) -co to jest pruderia? (nie wiem, nie wiem, nie wiem + jedna!!! prawidłowa odpowiedź).
Kto odpadł w pierwszej kolejności? Dziewczyna, która znała odpowiedź na większość pytań.

Przynajmniej nie musiała myć samochodu Niecika tarzając się w jakiejś pianie. Mam tylko nadzieję, że i tak za udział w takich programach nieźle dziewczynom płacą. Bo niemożliwe chyba, żeby zgłosiły się w zamian za wieczną sławę i chwałę...

niedziela, 8 stycznia 2012

Gra zespołowa?

- Proszę pani, a ja już napisałam list do Świętego Mikołaja – pochwaliła się pewna siedmiolatka. - Położyłam go na parapecie. Mama powiedziała mi, że wieczorem usłyszała jakieś kroki na dachu i gdy weszła do pokoju, to listu już tam nie było. - Czyli zabrał go Mikołaj – kiwając głową chciałam podtrzymać wiarę w niego. - Nie! - odkrzyknęła z oburzeniem. - Nie Mikołaj, tylko Elf – zrugała mnie mała.

I jak tu nie stwierdzić, że dzieci naprawdę często mają rację? W końcu sam jeden Mikołaj nie dałby rady z tymi wszystkimi prezentami... Ale ma swych asystentów i to oni odwalają za niego czarną robotę. Odbierają listy, kupują prezenty, pakują je, adresują, a wcześniej dane kontaktowe dzieci wprowadzają do komputera, żeby uniknąć pomyłek typu Barbie dla Wojtusia... Wreszcie rozdają prezenty, a laury i słowa wdzięczności zbiera Mikołaj.

Trochę jak w codziennym życiu, prawda? Tylko nie zawsze asystenci, stażyści, wszelcy pracownicy niskiego szczebla są tak urodziwi, jak Elfy z kreskówek Disneya i zwykle pracują cały rok, nie tylko w grudniu.
Ciekawe, czy Mikołaj też zapomina nawet powiedzieć im „dziękuję”.

sobota, 7 stycznia 2012

Let's talk about...


Mama mówiła: - Ucz się języków obcych, kiedyś ci się przydadzą…  Dlaczego jej nie uwierzyłam? 

Na lekcjach rosyjskiego uczyłam się innych przedmiotów, a po klasówkach końcówki rzeczowników czy odmiany czasowników szybko zapominałam… Na angielskim byłam pilniejsza, ale czego można się było nauczyć w czteroklasowym jeszcze liceum, gdy anglistek miało się trzy i każda wymagała czego innego? A na studiach na polonistyce angielski i łacina były dla mnie tylko zajęciami do zaliczenia. Pod koniec studiów zaczęły się pierwsze wyjazdy zagraniczne (wcześniej nie było kasy i tradycji…) i korzystanie z mowy ciała, bo angielski w mym wykonaniu średnio wypadał. Dziś trzeba straty nadrobić, ale nauka w grupie doszkalających się licealistów i studentów mnie… postarza.

Dlatego podziwiam rezolutnych trzecioklasistów, którzy z językami obcymi radzą sobie doskonale...

Sobotni poranek, radiowa audycja dla dzieci, program NA ŻYWO. Rozmowa o kulturze krajów afrykańskich i europejskich.
- Proszę pani, a ja znam kilka słów po niemiecku.
- Tak, a jakie?
- Hande Hoch!

czwartek, 5 stycznia 2012

Za żadne skarby?


Telewizyjne studio. Wygodny fotel. Ty w świetle jupiterów, w pełnym makijażu i eleganckiej, choć skromnej sukience. I nagle pada pytanie: - Czy mężczyznom trudno cię zaciągnąć do łóżka?

Publiczność zgromadzona w studiu pomrukuje. Widzowie przed telewizorem marszczą brwi. Siedzący kilka metrów od podestu narzeczony wstrzymuje oddech i wpatruje się w ciebie wyczekująco. Prezenter powtarza pytanie. Gorączkowo kombinujesz. Jeśli powiesz TAK, przyznasz się i będzie wstyd. Zresztą, nie miałaś aż tak wielu mężczyzn. Jeśli powiesz NIE, to byłoby zbyt proste, nie przy tej stawce. Jeśli powiesz TAK, narzeczony będzie zawiedziony a rodzina rozczarowana. Jeśli powiesz NIE, a GŁOS stwierdzi: „nieprawda”, nie wygrasz ani złotówki. Napięcie rośnie.

W amerykańskiej wersji programu „Moment prawdy” kobieta wybiera NIE. GŁOS puentuje: „to nieprawdziwa odpowiedź”. Publiczność gromko wyraża ubolewanie. Narzeczony z niedowierzaniem kiwa głową. Ty się uśmiechasz blado, w końcu wstyd wstydem, ale najgorsze, że straciłaś sporo kasy… 

Jak duża kwota pieniędzy musi być wyłożona na stół, by wziąć udział w show „Moment prawdy”?
Nie ma takiej kasy? 10 tysięcy zł? Moment prawdy, moment wstydu, ale nie przepracujesz się. Nie… 100 tyś? Moment prawdy, moment wstydu, ale wreszcie pojedziesz na wczasy do Tunezji i nie będziesz się martwiła zwolnieniami w pracy. Nie… 200 tyś? Moment prawdy, moment wstydu, ale kupisz dwupokojowe używane mieszkanie w Lublinie. 

Za żadne skarby! Co na to rodzina? Mąż? Dzieci (przyszłe)? Znajomi z pracy? Koleżanki ze studiów?

A jednak nawet dla drobnych (parę tysięcy zł) pieniędzy ludzie chętnie idą to telewizyjnego show. I w Polsce (choć tu programu już się chyba nie nagrywa), i w Ameryce. Niektórzy się jeszcze cieszą, że będą sławni. Inni, że na wieczną pamiątkę zostanie taśma video. 

Wczoraj przez przypadek obejrzałam fragment programu. Na jakie pytania odpowiedzą bohaterowie kolejnych?
- Czy zdradzałeś Nicole, kiedy była twoją dziewczyną?
- Czy robiłaś z kolegą z pracy coś, co nie spodobałoby się twemu chłopakowi?
- Czy winisz ojca za nieudane dzieciństwo?
- Czy kiedykolwiek żałowałaś, że wyszłaś za mąż?
- Czy uważasz otyłość za niedbalstwo?

Aha, jeśli uważasz, że jesteś grzeczna i odpowiedź na żadne pytanie nie przyniosłaby ci ujmy na honorze, to wiedz, że nie wybraliby cię do programu. Dzięki „aniołkom” nie mieliby oglądalności. 

PS Ciekawostki (za Wikipedią):

W polskiej edycji jeden z uczestników przyznał się do swoich problemów seksualnych i notorycznych zdrad. Na pytanie, czy pod nieobecność żony wpuścił do domu kobietę, o której istnieniu żona nigdy nie miała się dowiedzieć, odpowiedział "Tak", wzbudzając tym zaskoczenie obecnej w studiu małżonki. Inna uczestniczka na pytanie "Czy wolałabyś, żeby twoi rodzice już nie żyli?", odpowiedziała "Nie", co okazało się kłamstwem. W finałowym odcinku drugiej edycji uczestniczka przyznała się do dokonania aborcji więcej niż jeden raz.

W oryginalnej, kolumbijskiej wersji programu uczestniczka wyznała, że wynajęła płatnego mordercę do zabicia męża. Wygrała 25 000 dolarów.

W USA padła główna wygrana w wysokości 500 000 dolarów. Melanie Williams jako pierwsza w historii programu odpowiedziała szczerze na 21 pytań. Ostatnie z nich brzmiało: "Czy sądzisz, że twój ojciec miał kontakty seksualne z nieletnimi?" Odpowiedziała "Tak".

środa, 4 stycznia 2012

Ciąża nie jest chorobą?

Podczas rozmowy o pracę rekruterzy pytają: - Czy zamierza pan w najbliższym czasie zajść w ciążę? Absurdalne ma wydawać się zarówno takie pytanie do mężczyzny, jak i pytanie do potencjalnego pracownika. To fragment spotu w ramach kampanii społecznej. 

- Jakim prawem ewentualny przyszły szef może zapytać Cię o to, czy planujesz dzieci? – dziwi się P.
- To wyłącznie moja sprawa - żachnęła się K.
- To ja i mój mąż będziemy decydować o przyszłych dzieciach, a nie szef czy obowiązki zawodowe – wtóruje jej S.

Racja. Gdyby mnie ktoś o plany rodzinne spytał podczas rozmowy kwalifikacyjnej, to z moim temperamentem i niewyparzonym jęzorem, którym przysparzam sobie kłopotów, skończyłoby się awanturą. Ale z drugiej strony…

Świąteczny wieczór. Za stołem suto zastawionym wędlinami, sałatkami, rulonikami łososia z serkiem, śledziami i ciastem siedzi kilkanaście osób. Większość przed 30-tką. Pracujący. Większość – w prywatnych firmach – swoich lub nie, ale na tzw. samozatrudnieniu. Rozmowa schodzi na pracę.

- Gdyby wszyscy pracowali na umowę o dzieło lub zlecenie, płacili składki i codziennie starali się wypaść jak najlepiej, to by docenili pracę i zarobki – mówi ON. – A etat rozleniwia.
- Ale etat daje też bezpieczeństwo. Nie martwię się, gdy muszę pójść na chorobowe. I wtedy można zdecydować się na dziecko – wzdycha ONA.
- No właśnie, najpierw dużo starań, doszkalanie, solidne wypełnianie obowiązków, a gdy umowa na czas nieokreślony podpisana, można egoistycznie powiedzieć „teraz mogę zajść w ciążę”.
- Egoistycznie? Przecież to naturalna kolej rzeczy.
- Naturalną koleją rzeczy nazywasz to, że najpierw ktoś cię wybiera spośród innych, potem przez parę miesięcy przyucza cię do nowego miejsca pracy i nowych zadań, poświęca ci swój czas i dzieli się wiedzą, a gdy wreszcie może na ciebie liczyć i na twą samodzielność, ty idziesz najpierw na 6-7 miesięcy zwolnienia lekarskiego, potem na macierzyński, wreszcie na wychowawczy?
- No i co z tego? Moja ciąża, dziecko i rodzina są najważniejsze. Ty też byś chyba chciał, żeby twoja żona dbała o siebie i dziecko w ciąży, a przy okazji nie martwiła się o pracę i pieniądze?
- Oczywiście. Rodzina i zdrowie najważniejsze. Ale jeśli nie uszanujemy pracodawcy, to on na pewno następnym razem zastanowi się 3 razy, zanim zatrudni młodą kobietę w wieku rozrodczym.
- Ale to dyskryminacja!
- W dużej państwowej firmie może i bez problemu znajdzie się kogoś na miejsce ciężarnej czy młodej matki. W firmie prywatnej brak pracownika oznacza przydział jego obowiązków innym, którzy i tak swej roboty mają dość, albo zatrudnienie kolejnego pracownika i kolejne miesiące przygotowywania go do nowego stanowiska pracy i obowiązków. A to strata czasu i pieniędzy.
- Ale inaczej ludzie by się nie rozmnażali! A może kobiety powinny iść do pracy po 40-tce, po urodzeniu dzieci, by nie przysparzać kłopotów pracodawcy?
- A może planując życie rodzinne i zawodowe pomyśli się też o pracodawcy, nie kpiąc z niego i nie wykorzystując go perfidnie? Bo jak ty komu, tak on tobie. I więcej osób będzie skazanych na tzw. umowy śmieciowe.

Itp., itd.

Nie chcę, by ktoś zatrudniając mnie, pytał o plany rodzicielskie. Ale jeśli ja założę firmę, to będę zatrudniać w niej tylko mężczyzn. Hipokrytka ze mnie?

wtorek, 3 stycznia 2012

And the winner is...

Jedni umierają, inni się rodzą. Jedni zwalniają, inni… nagradzają. 

Firma Protektor z powodów ekonomicznych zwolniła ponad 140 osób. W ‘kulturalny’ sposób wypowiedzenia wysłała kurierem. Za mały zysk, za duże wydatki, produkcja bardziej opłacalna będzie w Czechach. 

Urząd Marszałkowski i Wojewódzki z kolei wypłacają swoim pracownikom nagrody (napisał wczoraj Kurier Lubelski). Za co? Podobno za pracę. Zostały pieniądze i trzeba je rozdzielić. Jakieś wyznaczniki? Uznaniowe kierowników/dyrektorów. Ale konkretnie? Szefostwo powinno ocenić, kto na te nagrody zasługuje. A co konkretnie oceniać? Przeciętny urzędnik pracuje 8 godzin dziennie, ma zadania do wykonania, ma przerwy na kawę, drugie śniadanie i przegląd prasy oraz telefony do znajomych. Owszem, znam takich, którzy pracują po godzinach, autentycznie angażują się w działania, nie lubią się nudzić, ale… niechętnie odwalają pracę za bezpośredniego przełożonego albo nie popierają jedynej słusznej opcji politycznej. Może łatwiej byłoby przyznawać nagrody za urodę lub punktualność? Bo inaczej w urzędach nie ucichnie burza o sprawiedliwy podział pieniędzy.

Może najlepsza jest opcja „wszystkim po równo”? Tylko nie używajmy wtedy słowa "nagroda".
W moim rozumieniu nagroda powinna być za coś naprawdę super. Jeśli zrobiony projekt był wyjątkowo udany (a nie tylko zrealizowany w terminie), jeśli dział, w którym się pracuje, miał najlepsze efekty w porównaniu do innych, jeśli w ciągu roku pracownik jako jedyny (lub jeden z nielicznych) wykazał się wyjątkowym zaangażowaniem, pomysłowością, refleksem w sytuacji trudnej. Tak, jak jest to w przypadku wyborów miss, nagrody NIKE czy konkursu karaoke. Wygrywa lepszy.

Może więc zamiast wypłaty „nagród” warto podnieść pensje? Zwłaszcza, że w Urzędzie Wojewódzkim zarabia się stosunkowo niedużo w porównaniu do Urzędu Marszałkowskiego. 

System motywacyjny powinien być klarowny. Na razie wystarczy po prostu pracować w budżetówce, a dodatkowe pieniądze mamy jak w banku. Nawet jeśli nie załapiemy się na tzw. nagrody (bo nie zasłużymy albo dyrektor  za nami nie przepada), to zawsze dostaniemy tzw. trzynastkę. Bez względu na to, czy nasza praca jest efektowna, czy nie. 
 

poniedziałek, 2 stycznia 2012

One way ticket


- Do Lublina poproszę.
- Za chwilę, najpierw obsłużę wcześniejszych pasażerów.
Wciągnęłam więc wielką czerwoną walizę wypełnioną ubraniami, podchoinkowymi prezentami  od rodziny i polędwiczką, schabem, boczkiem, wiejską kiełbaską  od Mamy oraz makowcem od Cioci Wandzi. Walizka wielka i ciężka, ale wiem przecież, że nie waga i wygląd, tylko wnętrze się liczy… A dzięki temu wnętrzu nawet wnoszenie i przesuwanie walizki w wąskim korytarzu pociągu było warte wysiłku. Dotarłam do upatrzonego z peronu wolnego miejsca. Rozsiadłam się.  Skupiłam wzrok na kolorowych fotkach w kobiecej prasie i wreszcie zaczęłam czytać. Po zapoznaniu się z historią i magnetyzmem związku Beaty Kozidrak i jej męża obejrzałam zaproponowane 4 stylizacje, których bohaterem był szaro-srebrny sweterek. Stwierdziłam, że tak błyszczący, nowoczesny i wyjściowy sweterek nie jest mi w ogóle potrzebny… Zadowolona z tej ważnej życiowej konstatacji zaczepiłam wzrokiem przechodzącego konduktora i z uśmiechem przypomniałam mu o bilecie.
-Do Lublina, tak? Normalny?
Skinęłam głową ponownie się uśmiechając.
- Wie pani – rzekł konduktor siadając naprzeciw mnie – to może poczekam i wypiszę pani już lepszy bilet.
- Czyli z Kraśnika? – zgadywałam. "Lepszy" znaczy "tańczy"? Super.

Po drodze wsiadało sporo ludzi. Cóż, studenci wracali do miasta. 
Próbowałam przebrnąć przez artykuły o roli różnych mężczyzn (ojców, mistrzów, przyjaciół) w życiu znanych Polek, o stosunku do zabawy paru artystów i celebrytów. Przeczytałam ciekawy wywiad z najlepszą polską tenisistką przy okazji dziwiąc się nieciekawym zdjęciom bohaterki, która – w przeciwieństwie do wielu utytułowanych tenisistek – studiuje i ma udane życie osobiste. 

Ominęłam parę nudnych stron. Minęliśmy Kraśnik. Kilkakrotnie minął mnie konduktor. I nic.

Do Lublina zostało może pół godziny jazdy. Wreszcie sąsiedzi z tyłu kupowali bilet. Odwróciłam głowę i spojrzeniem przypomniałam się konduktorowi po raz kolejny. Ten nachylił się nade mną, jakby chciał mnie pocałować, i ściszonym głosem powiedział: - Zrobimy to inaczej. 10 zł poproszę.
Wyciągnęłam z portfela dychę i mu ją wręczyłam. Biorąc banknot konduktor nachylił się jeszcze bardziej, by wiele osób tego nie widziało. I odszedł. A ja nawet dziękuję nie powiedziałam (on też), bo nie wiedziałam, czy wypada tak głośno. 

I zrozumiałam, że to oszustwo.
Ile zaoszczędziłam? Jakieś 7 zł. On zyskał 10 zł. Może w pociągu nie wypisał jeszcze biletów paru innym osobom? Pewnie tak kiepsko mu płacą, niech ma… Ale trudno się dziwić, że na kolei się nie wiedzie, skoro niektórzy (ilu ich jest?) kombinują byle do swego garnuszka.
A może powinnam mu powiedzieć, że chcę bilet? Jednak to by było niegrzeczne, on nie tylko sobie, ale i mi chciał pomóc (darował te 7 zł, a to już piwo w knajpie w Lublinie lub pół piwa w lokalu w Warszawie). 

Oszukałam PKP.
Nie, to tylko 7 zł… A jak jechałam niedawno, to nie ogrzewali pociągu, dranie.
Jednak źle się z tym czuję. Czy przesadzam?