czwartek, 2 marca 2017

Telefony, telefony...



Radio. Prowadzę audycję. W programie mówimy o ilustracjach Bohdana Butenki, o muzycznych podróżach przez Stany Zjednoczone, o Dalidzie i premierze filmu. Nagle telefon:
-Dzień dobry. Czy mogłabym złożyć świadectwo?
-Jakie?
-Że Pan Bóg jest moim Panem i uratował mi życie?

Ten telefon sprzed kilku dni sprawił, że zaczęłam z kolegą z pracy wspominać te najgłośniejsze. Bo słuchacze dzwonią w różnych sprawach: chcą wygrać nagrody w konkursie, podziękować za zaproszenie na koncert, zapytać eksperta o poradę, powiedzieć o utrudnieniach na drodze, czasem kogoś pozdrowić, poprosić o piosenkę, a nawet… przestrzegać przed rychłym końcem świata.

Zwykle to miłe telefony, czasem zabawne:
-Dziękuję za wypowiedź – kończę rozmowę. –Jak ma pani na imię?
-Maria.
-Skąd pani dzwoni?
-Jak to skąd… Z kuchni!

Coraz częściej są jednak telefony z prośbą o pomoc: o interwencję w sprawie trudnej, bo „media są czwartą władzą”, a „my już nie wiemy co robić”. I staramy się pomóc. 

Czasem jednak trzeba wyjść poza rolę dziennikarza.
Bo co byście zrobili, gdybyście w piękną sobotę, w trakcie rozmowy z podróżnikiem, dostali telefon od mężczyzny, który mówi, że już wszystkiego ma dosyć i zaraz popełni samobójstwo? Próbowałam mieć spokojny głos, rozmawiać, wypytałam o dokładny adres. Na antenie zagraliśmy kolejną piosenkę, a w tym czasie zadzwoniłam na policję z adresem słuchacza. Policja zainterweniowała. Chłopak trafił do szpitala psychiatrycznego.

Ale najtrudniejszą rozmowę odbyłam kilkanaście lat temu, jeszcze jako studentka – współpracowniczka radia, która parzyła kawę kolegom i odbierała telefony właśnie. W sobotnie popołudnie odezwał się drżącym głosem pan, który w naszych serwisach informacyjnych usłyszał o nocnym drogowym  wypadku pięciorga młodych ludzi. A jego syn nie wrócił z piątkowej imprezy, nie wiadomo, gdzie jest. Auto, którym pojechał, to niebieski volkswagen, o którym mówił serwisant. Dzwonię do kolegi z newsroomu, potwierdza rodzaj auta i przypomina o dramatycznych skutkach tego wypadku. Region Lubelszczyzny też by się zgadzał. Przechodzą mnie dreszcze. Słuchacz czeka na drugiej linii na moją odpowiedź. Dzwonię więc jeszcze do dyżurującego oficera prasowego. Potwierdza wypadek, markę auta, numer rejestracyjny, który podał słuchacz. Ja już wiem, ale nie mogę tego powiedzieć panu, który wciąż czeka na linii. Staram się spokojnie podać mu numer telefonu do policjanta i mówię, że tam uzyska więcej informacji. I tyle. Po tych kilku minutach ręce mi drżą.
Bywa tak, że radio niesie informacje, które dla jednych są kolejnym nudnym newsem typu korki i wypadek czy beznadziejna wypowiedź polityka, a dla innych są informacją odmieniającą ich życie. Niekoniecznie na lepsze.       

Na koniec… Cóż, nie zostawię Was z taką smutną puentą.
Pamiętam telefon sprzed kilku lat. To była wiosna. Moje biurko stało jeszcze w zupełnie innym pokoju. Miły męski głos mówi, że jest moim fanem, że lubi moje audycje, że podziwia za wiedzę i za uśmiech, że wydaję mu się bardzo sympatyczna i… czy zechciałabym się z nim umówić na kawę?
Odpowiadam, że mi miło, ale jednak nie umawiam się ze słuchaczami, że to nie wypada… On delikatnie nalega i prawi kolejne komplementy. To działa. Uśmiecham się i już mam powiedzieć „dobrze”, gdy on dodaje „ale na tę kawę to zapraszam dopiero w sierpniu”.  
-Za kilka miesięcy? Dlaczego? - dziwię się.
-Wtedy będę mieć przepustkę – odpowiada. – Bo ja słucham pani w Zakładzie Karnym w Chełmie.

Tylko teraz nie pytajcie, czy jednak się umówiłam na tę kawę. ;) 




wtorek, 13 grudnia 2016

Wiosna?



Budzi cię słońce. Już jedenasta? Niemożliwe… Ale tak, to ten pierwszy w miesiącu twój wolny od pracy dzień. Co z tego, że wypada we wtorek?
Cudne słońce – uśmiechasz się, przeciągając się w łóżku po raz ostatni. 

To będzie dobry dzień: przedświąteczne porządkowanie szafek, pakowanie prezentu, który zaraz pojedzie do Florencji, gotowanie obiadu (który starczy też na kolację), pranie, czyli zamiana brudnego na czyste, które wraz z zapachem Lenoru będzie o tej prawidłowości przypominać do wieczora. Potem fitness i masochistyczne zmęczenie („jeszcze tylko 16!”, „niżej!”, „wyżej”, „szybciej”), które potwierdzi tradycyjnie czerwona twarz, pulsująca na skroni żyła i mokre koszulka, majtki, a nawet skarpetki. I jeszcze kolacja z Anią, która niedawno wróciła (tylko na chwilę, więc nie będziecie mieć satysfakcji prorządowi czytelnicy! :) z Anglii.

Najpierw jednak kawa. Otulasz się ciepłym długim szlafrokiem. Przemywasz twarz zimną wodą. Wklepujesz kremy i myślisz, patrząc w lustro, że jednak czasem warto pomalować paznokcie na czerwono. Na krwisty czerwony. Energiczny czerwony. Seksowny czerwony. Pasuje do białego porcelanowego kubka, z którego po chwili paruje aromatyczna Lavazza z odrobiną mleka.

Wciąż uśmiechając się do siebie podchodzisz do okna w kuchni. Łyk kawy i prawą ręką kubek przytulasz do piersi. Lewą sięgasz do łańcuszka, który wczoraj sprawiłaś sobie w ramach (przed)świątecznych prezentów. Ciepło rozchodzi się po tobie w środku i na zewnątrz. 

I to słońce! Zdradliwe, bo na termometrze minus dwa stopnie. W końcu połowa grudnia. Ale słońce zawsze dodaje ci energii. Zazdrościsz go mieszkańcom Los Angeles, Tajlandii, Australii, Nicei… Jest słońce, od razu świat jest przyjemniejszy. 

 Z głośników leci najnowsza płyta Krzyśka Zalewskiego (a pamiętasz, jak jeszcze był początkującym, uroczym, imprezującym 20-latkiem…:) z obłędną balladą „Miłość miłość”, w której palce maczał twój ulubiony Smolik, z „Podróżnikiem” i z energicznym „Na drugi brzeg”. Ten to potrafi!  

Piękny dzień. Nie każdy 13 grudnia był taki. Pamięć jest ważna, ale ty chcesz się cieszyć, żyć tu i teraz. Jest dobrze. -Korzystaj z życia – poradnikowo/hasłowo podpowiada ci serce! W końcu to słońce nie świeci tu nadaremno. 

Pyszna kawa. Wizja przyjemnego dnia. A na szafce nocnej czeka na ciebie „Biegnąca z wilkami”. I fiołek wciąż kwitnie! Soczysty fiolet pasuje do bladoróżowej doniczki. Ten też korzysta z życia i czerpie ze słońca. 

Za chwilę najpiękniejsze święta. Potem Sylwester w genialnym towarzystwie. Premiera nominowanego do Złotych Globów „La la land” z Ryanem Goslingiem. Wiosną ożyje Harry Hole w nowej powieści genialnego Jo Nesbo. 

-I pomyśleć, że jeszcze kilkanaście dni temu tak cierpiałam – mruczysz pod nosem. Życie potrafi być piękne. Marzysz. Patrzysz na rozmawiającą przez komórkę kobietę, która mimo zimna siedzi na ławce pod oknem. Ciekawe, czy rozmawia z mamą, czule wypytując ją o zdrowie? Czy z mężem, którego zapewnia o miłości? Czy z dzieckiem, któremu obiecuje frytki na obiad i prezenty pod choinką? Młodzież ze Staszica w oddali dymkiem papierosowym daje znak o przewie. Mężczyzna z wąsem i z reklamówką spaceruje między krzewami. A nie! On idzie przy ścianie śmietnika, żeby… Kurde! Już nie ma gdzie sikać??? Grzecznie spuszczasz wzrok. I… widzisz obesrany przez gołębie parapet. Przecież niedawno go szorowałaś! Odwracasz się gwałtownie, z rozżaleniem, oblewając się resztką kawy.

Cóż. W życiu musi być równowaga.
Słońca życzę! Mimo wszystko.                   

wtorek, 2 lutego 2016

Subiektywny ranking 2015 roku wg Agnieszki K.



Zamek w Bracciano z widokiem na jezioro

Cieszę się, że to już luty 2016 roku. Muszę stwierdzić, że rok 2015 był najgorszym okresem z ostatnich pięciu lat mojego życia. Owszem, było kilka ciekawych wydarzeń, sytuacji, niespodzianek i dobrych decyzji, ale jednak… Natomiast 2016 zaczęłam genialnie – z szampanem w jacuzzi ;) – i czuję, że będzie to bardzo dobry czas, czego i Wam życzę. ;)

Najlepsza książka: „Uprawa  roślin południowych metodą Miczurina” Weroniki Murek – nieograniczona fantazja w tworzeniu świata literackiego i piękny język, łączący prostotę z barwnymi metaforami. Ta debiutancka książka dwudziestokilkulatki ze Śląska to nowa jakość polskiej literatury.
Najlepszy film: „50 twarzy Greya”. Żartuję, luz… ;) ;) Tak naprawdę, to nie mogę wybrać jednego. Bardzo dobre „Birdman” czy „Body/Ciało”, „Dzikie historie” i „Whiplash”, ale jakoś w głowie dłużej siedział mi np. „Foxcatcher” (mimo dłużyzn – przejmujący film o potrzebie zrozumienia, wsparcia i nie-docenieniu).
Wydarzenie filmowe: premiera „Carte Blanche” i w sumie kilka wywiadów z moim ulubionym aktorem (po Clooneyu), czyli Andrzejem Chyrą. Lublin w filmie wypadł bardzo atrakcyjnie, a sama „lubelska produkcja” zdobyła sporo nagród, w tym na międzynarodowych festiwalach. Brawo!
Najlepszy serial: „Homeland” (ponownie) – ostatnia seria idealnie wstrzeliła się w głośny problem przyjmowania uchodźców i walkę z ISIS. Żałuję, że Rupert Friend (czyli filmowy Peter Quinn) najprawdopodobniej nie pojawi się w kolejnej serii. Wciąż dobre „House of cards” i „Żona idealna”.  
Najlepszy serial komediowy: nic nowego. Wybieram więc ponadczasowych „Przyjaciół”. PS Włączcie sobie na youtube „Przyjaciele + seven” ;)
Najlepszy spektakl: „Mistrz i Małgorzata” w Teatrze Osterwy z tanecznym udziałem Agnieszki Krawiec w roli towarzyszki Tomasz Bielawca. Przypadek? Nie sądzę! ;)
I jeszcze „Mamma Mia” w Teatrze Roma (zwłaszcza obecność w kulisach, podczas gdy pięć centymetrów od mojej twarzy pewien muskularny tancerz postanowił zrobić szpagat w powietrzu… ech…)
Największy pochłaniacz czasu (oprócz Facebooke’a): aplikacja, którą rzutem na taśmę (bo w Święta 2015) podsunęła mi Marcela. I przepadłam. QUIZWANIE. Frajda z wyciągania z zakamarków pamięci dat, nazw, tytułów, z logicznego łączenia faktów lub eliminowania złych odpowiedzi. Ale i wściekłość, gdy w swoich ulubionych kategoriach tracę punkty, bo pytania – delikatnie mówiąc – szczegółowe… PS Wciąż jestem w Quizwaniu: agakrawiec, wezwij mnie na pojedynek! ;)
Najlepsza muzyka: 1) Kocham Smolika, dlatego jego najnowszą płytę, na której śpiewa Kev Fox, kupiłam bez wahania. I nie zawiodłam się. 2) W zupełnie innym klimacie jest płyta, która wygrywa mój ranking na najlepszego (biernego) towarzysza w zasypianiu, czyli „Polka” Quintetu Wojtka Mazolewskiego.
Najlepsze koncerty: Wojtka Mazolewskiego na zamku w Kazimierzu Dolnym (a na niebie zawisł obłędny księżyc) oraz Metronomy i Muse na Orange Warsaw Festival (piękny dzień, doborowe towarzystwo i świetna muza).
Forum Romanum
Wyjazdy: Florencja w maju, czyli zachód słońca nad miastem, festiwal wina w Greve, leżakowanie (moje, nie wina) w winnicy w regionie Chianti, kawa, spritz i truskawki w Wenecji; Rzym i jego nocne zwiedzanie (także podziemne) oraz spacer w moim ukochanym Forum Romanum, Bracciano pod Rzymem i wizyta w dwunastowiecznym zamku (aż dziwię się, że nie kręcą tam „Gry o tron”); Bruksela (małże w winie, plakaty Rene Magritte’a, zwiedzanie Parlamentu Europejskiego, co oznacza wspomnienia, i nagroda dla FOL). W ogóle uważam, że zwiedzanie świata, historia zaobserwowana na żywo dzięki zabytkom i muzeom, starym murom i kilkusetletnim wieżom, poznawanie obcokrajowców i tubylców oraz jedzenie regionalnych przysmaków i czytanie „miejscowego” Vogue’a to jeden z najpiękniejszych sposobów na zrozumienie świata.   
Weekendy: w pałacyku w Cieleśnicy – przepyszne jedzenie (w tym pomidory i cukinia z przypałacowego ogródka), leżakowanie w pobliżu oranżerii, wino na tarasie w świetle zachodzącego słońca, świetne towarzystwo i… obłędnie pachnący ziołowy balsam do ciała (przyznaję, jeden ukradkiem zabrałam ze sobą do domu). I jeszcze weekend pierwszolistopadowy w Lipie, wraz z rodzinnymi śpiewami, maminym jedzeniem i spacerem polnymi ścieżkami. Bieszczady razy dwa: niezwykły czas (w górach, w knajpie i przed kominkiem).
Smakołyki: owoce morza z makaronem w wydaniu Rafała, makaron w sosie borowikowym w wersji Ewy, mięcho w sosie piwnym i Kriek w Brukseli (wydanie restauracyjne), stek usmażony przez Jacka, domowy rosół. Z fast foodów qurrito z KFC daje radę. I kanapka BLT w „Spinaczu”. Aaa, i jeszcze przepyszna zupa dyniowa w „Palecie smaków”.
Wywiady: sporo ich było, zwłaszcza w działce społecznej i kulturalnej, w tym krótka, ale miła rozmowa z Jerzym Stuhrem (który dobrze wspominał Teatr Stary w Lublinie) czy z idolem dziewcząt Maciejem Zakościelnym (kurde, mogłam się w tamtą sobotę ładniej ubrać…). I najtrudniejsze rozmowy: z Robertem Więckiewiczem (straszył mnie, że pozwoli tylko na trzy pytania) i z Jerzym Skolimowskim (który zwrócił mi uwagę, że… pomyliłam imię innego reżysera – niezła wpadka, nie? Przeżywałam to przejęzyczenie jeszcze przez tydzień. Nie było sensu tłumaczyć się upałem czy zmęczeniem ;) Dla równowagi jeszcze inny reżyser (sporo tych spotkań było, zwłaszcza na Festiwalu Dwa Brzegi) pochwalił mnie za dobrą pamięć, pewien dyrektor powiedział „O to mnie jeszcze nikt nie zapytał!”, a kilku rozmówców nawet chciało się ze mną umówić (nie tylko na wywiad ;)
Nagrody: może nie przystoi tak się tym chwalić, ale naprawdę szalenie mi miło, że wiosną dostałam wyróżnienie od prezydenta Lublina za działalność na rzecz osób z niepełnosprawnością, a zimą statuetkę „Kobieta Lubelszczyzny” w kategorii działalność społeczna od Stowarzyszenia Kongres Kobiet Lubelszczyzny – Klub XXI Wieku. To bardzo dowartościowujące, że ktoś zauważa moją pracę, także tę pozaprogramową, dodatkową, z wyboru. Choć nagrody przypominają mi, że się starzeję…  Ech. ;)
Najlepszy komplement: -O, ta dupeczka ma niezły płaszcz - usłyszałam przechodząc koło siedzących na ławce pod UMCS-em dziewcząt.
Zguby: bransoletki. Jedną, srebrną, zgubiłam podczas skakania na koncercie w Warszawie, inną, skórzaną, gdzieś w Rzymie. W zeszłym roku straciłam fioletową… Jeśli więc gdzieś znajdziecie ładną bransoletkę, dajcie znak, może to moja? ;)
Zwrócenie uwagi: W pracy, w naszym pokoju pijemy kawę. Rozmawiamy i co chwila parskamy śmiechem. Nagle telefon od kolegi z góry (znaczy: redakcja aktualności).
-Pani Krawiec, pani się tak nie śmieje, bo na cmentarzu obok jest jakiś pogrzeb; dzwonili i proszą o chwilę ciszy...
Zawodowe poświęcenie: 9 kwietnia wykonałam skok przez płot. ;) Jak to było? Żeby dostać się na konferencję w hali Targów Lublin, musiałam...przejść przez dwumetrowy płot z zamkniętą furtką. W tym celu zaczepiłam przechodzącego pana i grzecznie poprosiłam go, żeby mnie asekurował podczas wdrapywania się na ów metalowy płot. Pan ze zdziwieniem przyjął propozycję. Tylko wstyd mi było, że pierwsza próba okazała się nieudana - ciążyła mi torba i musiałam zawrócić w połowie drogi. Jednakże ów wstyd (i miesiące fitnessu) sprawił, że za drugim razem udało płot udało mi się dziarsko pokonać. Współczuję tylko przejeżdżających aleją Piłsudskiego oryginalnego widoku. I błogosławię trampki oraz życzliwego lublinianina.
Pozaantenowe rozmowy radiowe:
 Audycja. Odbieram telefon:
-Dzień dobry, pani redaktor.
-Dzień dobry, panie Tadeuszu.
-Jezu, rozpoznała mnie pani po głosie...
Zwycięstwa: w RMF Classic wygrałam płytę Ennio Morricone, a na Facebooku zdobyłam dwa bilety na koncert Smolika. ;) Chyba zacznę grać w Totka. PS Ostatnio kolega z pracy, który słynie z niewyparzonego języka, parę razy bezceremonialnie opieprzał mnie za (moim zdaniem) błahostki, a znajomi twierdzą, że lepiej schodzić mu z drogi, tym razem… przyznał mi rację w pewnej sprawie (w zbiorowym mailu do współpracowników). To dopiero zwycięstwo! ;)
Odkrycie: Przemek Kossakowski. Ma swoje programy na jakimś dziwnym kanale telewizyjnym. Jest najbardziej naturalnym i „autorskim” autorem, jakiego przyszło mi oglądać na szklanym ekranie. Podziwiam i oglądam z przyjemnością. To znaczy, że telewizja rozrywkowa (rozrywkowo-edukacyjna) nie musi być nudna i sztampowa.
Zamiana: W 15 minut wieniec cmentarny przemieniłam w świąteczny, barwny wieniec bożonarodzeniowy w stylu amerykańskim.
Wnioski: 1) żal jest dobry, czasem nawet warto popłakać i poprzeklinać, ale nic na siłę!
2) dobrze powspominać i pośpiewać piosenki pielgrzymkowe (w aucie i przy pomocy telefonu);
3) czasem trzeba się zmusić, założyć szpilki i wyjść z domu;
4) asertywność – wciąż się uczę, ale jest lepiej;
5) jak powtarzał pewien znajomy: "nie wszyscy muszą cię lubić"; jak to zrozumiałam, to jest mi naprawdę lżej;
6) nie odkładać na później.

Dobrego 2016 roku! Tzn. tych niecałych 11 miesięcy z 2016 ;)   
AKr


Bieszczady





piątek, 1 stycznia 2016

Świątecznie i noworocznie!


Słonecznie i z kieliszkiem szampana rozpoczynam Nowy Rok. Urlopowo i świątecznie. Życząc dobrego 2016 roku, pełnego miłości i radości, sięgam po zapiski z ostatnich Świąt Bożego Narodzenia.

***
-Ależ pogoda w te święta….
-Poszedłem do lasu po choinkę, a znalazłem dwa podgrzybki – zupełnie serio powiedział Krz.
-Na drzewie? – wypaliłam bezmyślnie.

Życzę Wam pozytywnych zaskoczeń. Życie może być bardziej kolorowe!
***
Śpiewamy kolędy. Gramy na gitarze, akordeonie, flecie i na udach oraz krzesłach:
„...Nie zgubcież go ze snu…”
-A pamiętacie panie, które w kościele mówią „móld się za nami grzecznymi”? ;)
Życzę Wam, aby słowa myliły się tylko czasami.

***
-Kurczę, nie mamy jemioły.
-I twoja jedyna szansa na pocałunek w tym roku przepadła… - puentuje K.

Życzę Wam wielu okazji do pocałunków, bez względu na obecność jemioły. ;)
***
Wigilia rano. Załatwiamy ostatnie przedświąteczne zakupy. Jedziemy autem, a przed nami ktoś blokuje lewy pas snując się tak, jakby na wieczerzę mu się wcale nie spieszyło.
-W Warszawie już bym trąbiła – rzuca Ka.
-Myślałby kto, Hołowczyc… - kpi Krz.

Życzę Wam samych miłych podróży, dobrych kierowców wokół i żadnych korków na drogach.
***
-Mamuś, przywiozłam opłatek.
-O, dobrze, bo nie mamy – odpowiada mama.
-Jak to? – dziwię się.
-Bo jak Kowalska chodziła i sprzedawała, to tak się zagadała z ojcem, że 20 zł wzięła, a opłatek zostawić zapomniała.   

Życzę Wam, abyście nie zapominali o sprawach najważniejszych, bo drobiazgami czasem lepiej sobie głowy nie zawracać.
***
Siedzimy przy kuchennym stole i raczymy się opowieściami z ostatniego czasu.
-Tydzień temu miałem TAKI przebłysk inteligencji… - anegdotę zaczyna Krz.
-I od tamtej pory cisza? – ucina Ka.

Życzę Wam nieustających przebłysków inteligencji (także takich, które podpowiadają, kiedy udać głupa…)
***
Przerzucamy się cyframi i numerami, sprawdzamy, kto ma lepszą pamięć. Wygrywa Krzysiek, który pamięta nawet numer rejestracyjny starego malucha wujka Zygmunta i poloneza wujka Mariana.
Jesteśmy przy datach.
-A moje urodziny kiedy są? – sprawdza nas K.
-Nieprędko…

Życzę wielu dobrych dat i rocznic w kalendarzach na kolejne lata.
***
Pijemy kawę przy dużym kuchennym stole. Omiatam wzrokiem koszyczek ze słodkościami.
-Co robi czosnek wśród cukierków? – pytam zdziwiona, widząc główkę czosnku na stosie tychże cukierków.
-Jest w opozycji – poważnie odpowiada Krz.

Życzę Wam różnych smaków i odrobiny szaleństwa w decyzjach.
***
-... w cudzysłowiu - Krz. kończy opowieść.
-W cudzysłowie – poprawiam go.
-Chyba lepiej wiem, w czym...

Życzę pewności w mówieniu i w działaniu. „Samo mówienie to za mało” – świadomie dodaje pisząca te słowa dziennikarka radiowa ;)
***
-Przynieś te talerze z witrynki – do M. mówi mama.
-Z zielonego czy z dużego pokoju? – krzyczy M. z oddali.
-Z witrynki, nie z segmentu! – powtarza mama.
-No ale z którego pokoju?? – dopytuje M.
-Z witrynki. Witrynka jest tylko jedna, w dużym pokoju. W zielonym jest segment.
-Za młoda jestem, żeby wiedzieć, co to jest segment… - mruczy pod nosem M.

Życzę Wam wzajemnego zrozumienia.
***
-To rondo ONZ czy Waszyngtona? – pyta T.
-Nie, Waszyngtona jest to z palmą – odpowiadam.
-Nie z palmą jest inne… DE GALA! – mówi M.
-DE GOLA – poprawiam ją.
-CZARLSA – wtrąca się J.
-SZARLA – poprawiam go.
PS Chodzi o Charlesa de Gaulle’a, oczywiście.

W Nowym Roku  życzę jak najmniej upierdliwych ludzi wokół, którzy – jak ja – będą ciągle Was poprawiali… ;)
***
K. patrzy na koszyczek  wypełnionych czekoladkami w czerwono-biało-czarnych sreberkach i o charakterystycznych kształtach.
-Ja tam nie mam ochoty jeść główek Mikołajów… - mówi wzdychając.
-Wegetarianka… - myślę.

Życzę Wam samych przysmaków (choć nie wiem, czy to możliwe, jak się nie je mięsa… ;)
***
W przerwie od szykowania świątecznych przysmaków i zastawiania stołu, na którym już niewiele udaje się zmieścić, Krz. zapodaje piosenki z youtube’a na ekranie telewizora.
-Teraz poproszę coś odpowiedniego dla osób w moim wieku  – mówi mama. – Chcę Demisa Roussosa, Alicję Majewską albo… Bryana Adamsa.

Życzę dobrych dźwięków, dobrej lektury, dobrego kina i dobrych spektakli (bez cenzury).

Dużo dobra w 2016 roku!
Świętowanie przy stole zaczynamy od swojskiej wędlinki...
A Kuba nawet w święta: kurczak z ryżem ;)
Choinka w Lipie - piękna jodła...
Świąteczny wieniec w moim mieszkaniu - przerobiony z wieńca cmentarnego ;)
Dali mi akordeon. I kazali grać ;)
Marcela dopiero wstała,
a Aga już łupie jaja ;)
Prezenty były super. Szkoda tylko, że ze wszystkich kuponów totka uzbierała się jedna trójka...