wtorek, 21 sierpnia 2012
Ten jedyny
- Nareszcie! To ten! Ten jedyny!!! Zakochałam się – radosnym tonem oznajmia Ewa.
Rzeczywiście, kilka dni jej nie widziałam, a tu taka zmiana. Świeża cera (robiła mikrodermabrazję?), lekki opalizujący makijaż, podkreślone oczy, paznokcie różowe (i nieobgryzione), do tego obcisły T-shirt z wisiorkiem, krótkie szorty uwypuklające jej zgrabne pośladki i dłuuugie nogi (którym obcas wydaje się zbędny). I ten promienny uśmiech. Fakt. Albo w pracy ją wreszcie awansowali, albo zakochała się – myślę.
- Gratuluję! To świetnie! – odpowiadam ze szczerą radością. I jak to bywa w amerykańskich serialach dodaję: - Tell me everything…
- Ma na imię Krzysztof. Poznaliśmy się przez przypadek, w parku, i nagle znajomość nabrała rozpędu. Nie znam nikogo lepszego od niego. Dziś nawet na Brada Pitta nie zwróciłabym uwagi – przekonuje Ewa.
Krzysztof – jak mówi Ewa – jest przystojny, choć bez przesady. Wysoki, krótkie włosy, ładny uśmiech, zadbane dłonie. Ubiera się gustownie i nonszalancko jednocześnie, pastelowe koszule, przecierane lewisy i brązowe mokasyny. Na nosie rejbanki. Ale nie wygląd – zdaniem zakochanej w nim Ewy - jest najważniejszy. – Potrafi ze mną rozmawiać na każdy temat. Od kondycji polskiej kadry na EURO przez nowa płytę Coldplay po kryzys ekonomiczny – zachwyca się. – Z zainteresowaniem słuchał mych opowieści o pracy i problemach z szefową, pytał o rodzinę i najważniejsze: po dwóch tygodniach wyrwały mu się plany dotyczące domu pod miastem i dzieci, które chętnie będzie przed szkołą odwoził na basen, jak będę chciała pospać. I te SMS-y… Nawet jeśli spędzamy ze sobą kilka popołudniowych i wieczornych godzin, to i tak przed zaśnięciem otrzymuję wiadomość o tym, że jestem wyjątkowa, że jestem sensem jego życia, że kocha moje piegi, że wpatruje się w moje zdjęcie, choć zna mnie na pamięć… Rano sięgam po komórkę, a tam znów SMS z życzeniami dobrego dnia. - Czy mogło mnie spotkać większe szczęście? – retorycznie rzuca Ewa. - Nareszcie, po 27 latach życia zrozumiałam słowa koleżanek, cioć i innych, mówiących: Jak spotkasz tego jedynego, to zrozumiesz.
- OK, Magda, musisz go poznać. Ale jeszcze nie dziś, bo ma sporo pracy, umówiliśmy się dopiero jutro wieczorem. Podobno ma dla mnie jakąś niespodziankę – z rozmarzeniem dodaje Ewa. – Nie martw się, Ty też niedługo trafisz na swojego ukochanego. Jestem tego pewna. Choć nie będzie tak cudowny, jak mój Krzyś – ze śmiechem kończy Ewa.
Po tygodniu umawiamy się na sobotni wieczór. Park. Koncert katowickiej jazzującej grupy. Nie chcę być piątym kołem u wozu, wiec zabieram ze sobą kolegę. Krzysiek robi dobre wrażenie. Razem z Ewą wydają się tworzyć naprawdę dobraną parę. Sączymy kolorowe drinki. Opowiadamy zabawne historia. Jest miło. Spotykam znajomych z dzieciństwa, wspominamy dawne czasy. Kątem oka widzę, jak do Krzyśka, wracającego do nas z kolejnym drinkiem, podchodzi jakaś dziewczyna. Niewysoka, w mocnym makijażu, z ewidentnie powiększonymi (nie tylko) ustami. Po chwili Krzysiek znika.
- Nie widziałaś Krzyśka? – pyta Ewa.
- Od paru minut nie – odpowiadam.
- Nie wiesz, gdzie poszedł?
- Miał przynieść coś do picia…
- Dziwne – rzuca Ewa.
Krzysiek nie przyszedł. Ani za 5 minut, ani za 5 godzin, ani za pięć dni. Podeszła do nas za to owa wymalowana i biuściasta dziewczyna. Szybko okazało się, że jest… dziewczyną Krzyśka. Od ponad pół roku. I była mocno zdziwiona, że Ewa – jak się po chwili dowiedziała – jest nie koleżanką z pracy, ale… dziewczyną Krzyśka właśnie. Ewa była w szoku. Tego dnia nie spała u siebie, tylko u mnie. Kilka dni nie chodziła do pracy.
Po tygodniu Krzysiek zaczął pisać do Ewy SMS-y z przeprosinami, choć nie wyjaśniał w nich relacji z biuściastą. Pisał za to o niezwykłym uczuciu, które o Ewie nie pozwala mu zapomnieć, o wspomnieniach jej delikatnej skóry i włosów pachnących miodem, o marzeniach, w których we dwoje wędrują plażą w promieniach zachodzącego sierpniowego słońca... Ewa rozpaczała. Krzysiek miał być miłością jej życia. Postanowiła jednak porozmawiać jeszcze z biuściastą. Na spokojnie. Może wszystko się wyjaśni? Biuściasta pokazała jej telefon. Pełen SMS-ów z ostatnich dni o niezwykłym uczuciu Krzyśka, jej delikatnej skórze, zapachu włosów i spacerze po plaży…
AKr
PS Imiona i kilka detali zostało zmienionych, ale historia wydarzyła się naprawdę, parę miesięcy temu.
czwartek, 26 kwietnia 2012
Jeden dzień
- Kocham cię, ale już nie lubię – powiedziała Emma do Dextera, ściskając go ze łzami w oczach na pożegnanie.
Czy to możliwe? – zaczęłam się zastanawiać. ‘Lubienie’ bez miłości może być, a związek, w którym dwoje ludzi się kocha, ale nie przyjaźni ze sobą, ma szansę trwać?
To tylko jedna z kwestii, nad którą musiałam się zastanowić oglądając film „Jeden dzień” (2011 r.) w reżyserii Lone Scherfig. Nie znoszę melodramatów! Obejrzałam go dlatego, że jestem chora, na zwolnieniu lekarskim, znudziło mi się gotowanie, jedzenie i leżenie. A w opisie na jakiejś durnej stronie internetowej widnieje: komedia romantyczna. Taaa… Zabawnych scen było tam może z pięć. Plus tak odrażająco brzydkie, że aż śmieszne, stylizacje fryzur i ubrań grającej Emmę Anne Hathaway. No i w dodatku film zwyczajnie mnie wciągnął. Od początku wiedziałam, że oni będą razem… I przypomniałam sobie: Aga mi o tym filmie kiedyś opowiadała. Znam więc punkty zwrotne i zakończenie, ale to dobrze, dzięki tej wiedzy szok i płacz z następstw wypadków był zapewne mniejszy i krótszy. Jednak i tak łez uroniłam sporo. Bo gdyby zaczęli wcześniej, gdyby on nie poszedł w stronę tej głupiej kariery, gdyby ona szybciej przyłożyła się do pisania prozy, gdyby kasa i seks nie odgrywały takiej roli, gdyby jego matka nie zmarła, gdyby odebrała telefon, gdyby…
Dlatego nie znoszę tego filmu. Bo musiałam na nim nie tylko płakać, ale i myśleć. I napisać ten tekst. I – tak jak bohaterowie „Jednego dnia” - już teraz wiem, że wiele rzeczy w życiu nie zrobiłam, choć powinnam, albo zrobiłam za późno. A czasu – że pozwolę sobie na to wielkie odkrycie! – nie da się cofnąć. Kurczę, trzeba wziąć się do roboty.
Ale nie zrozumcie mnie źle. „Jeden dzień” to też piękny obraz o przyjaźni, o naprawianiu błędów, o zaufaniu, o relacjach z rodzicami, o przemijaniu. A Jim Sturgess jest doprawdy boski (za porównanie przepraszam czytających ten tekst dwóch znajomych mi księży ;). I - na poważnie - świetnie odegrał doroślejącego powoli mężczyznę.
No tak, zamiast pić herbatę z przepysznym sokiem malinowym roboty Kasi Mamy, słuchać muzy i leniuchować, rozmyślam i martwię się. Dlatego nie znoszę tego filmu! Ale kto nie oglądał – dla tego lektura obowiązkowa.
Czy to możliwe? – zaczęłam się zastanawiać. ‘Lubienie’ bez miłości może być, a związek, w którym dwoje ludzi się kocha, ale nie przyjaźni ze sobą, ma szansę trwać?
To tylko jedna z kwestii, nad którą musiałam się zastanowić oglądając film „Jeden dzień” (2011 r.) w reżyserii Lone Scherfig. Nie znoszę melodramatów! Obejrzałam go dlatego, że jestem chora, na zwolnieniu lekarskim, znudziło mi się gotowanie, jedzenie i leżenie. A w opisie na jakiejś durnej stronie internetowej widnieje: komedia romantyczna. Taaa… Zabawnych scen było tam może z pięć. Plus tak odrażająco brzydkie, że aż śmieszne, stylizacje fryzur i ubrań grającej Emmę Anne Hathaway. No i w dodatku film zwyczajnie mnie wciągnął. Od początku wiedziałam, że oni będą razem… I przypomniałam sobie: Aga mi o tym filmie kiedyś opowiadała. Znam więc punkty zwrotne i zakończenie, ale to dobrze, dzięki tej wiedzy szok i płacz z następstw wypadków był zapewne mniejszy i krótszy. Jednak i tak łez uroniłam sporo. Bo gdyby zaczęli wcześniej, gdyby on nie poszedł w stronę tej głupiej kariery, gdyby ona szybciej przyłożyła się do pisania prozy, gdyby kasa i seks nie odgrywały takiej roli, gdyby jego matka nie zmarła, gdyby odebrała telefon, gdyby…
Dlatego nie znoszę tego filmu. Bo musiałam na nim nie tylko płakać, ale i myśleć. I napisać ten tekst. I – tak jak bohaterowie „Jednego dnia” - już teraz wiem, że wiele rzeczy w życiu nie zrobiłam, choć powinnam, albo zrobiłam za późno. A czasu – że pozwolę sobie na to wielkie odkrycie! – nie da się cofnąć. Kurczę, trzeba wziąć się do roboty.
Ale nie zrozumcie mnie źle. „Jeden dzień” to też piękny obraz o przyjaźni, o naprawianiu błędów, o zaufaniu, o relacjach z rodzicami, o przemijaniu. A Jim Sturgess jest doprawdy boski (za porównanie przepraszam czytających ten tekst dwóch znajomych mi księży ;). I - na poważnie - świetnie odegrał doroślejącego powoli mężczyznę.
No tak, zamiast pić herbatę z przepysznym sokiem malinowym roboty Kasi Mamy, słuchać muzy i leniuchować, rozmyślam i martwię się. Dlatego nie znoszę tego filmu! Ale kto nie oglądał – dla tego lektura obowiązkowa.
sobota, 7 kwietnia 2012
Towarzysz podróży
Bałam się, że pociąg będzie przepełniony. Na szczęście większość studentów zdążyła wrócić do domów przed Wielką Sobotą.
Minutę przed odjazdem do wagonu wszedł starszy pan, niewysoki, przygarbiony, z włosami niczym młody Szopen (w wydaniu Adamczyka), Dać mu fortepian, a zapewne powygrywałby na nim mazurki i porywające preludia, do rytmu potrząsając szaro-białymi skręconymi włosami. Nie dane mu było. Nam też nie – na szczęście – posłuchać jego interpretacji Szopena, ale uraczył nas inną muzyką. Na harmonijce ustnej. Choć nie, przepraszam. Znajomi artyści mieliby prawo się oburzyć, że dzwięk wydobywany z ust towarzysza podróży, przechodzący przez bordowo-srebrną harmonijkę, nazywam muzyką.
Mężczyzna nie tylko pragnął uraczyć innych swymi umiejętnościami (których jakoś w końcu nie potrafił wyrazić). Jako kulturalny człowiek postanowił też dotrzymać towarzystwa samotnie podróżującej miłej blondynce po 50-tce.
- Czy zechce pani przesunąć tę saszetkę, żebym mógł tutaj posadzić swoje dupsko? – wypłynęło z jego skurczonych w bladym uśmiechu ust.
Uff – pomyślałam – jak dobrze, że moja walizka i komputer są wystarczająco duże, by nie trzeba ich było na siłę upychać pod fotelami. Pan X siadł tuz przede mną, a uczynił to mamrocząc pod nosem „ozdobniki” na K i S. Przy okazji raczył – do kogo to mówił? – wyrazić opinię, że „Lublin to kondoniarze i dziwki, dlatego jadę do ukochanej Stalówki”. Pani, której przyszło siedzieć obok niego, zdecydowanie zareagowała, że przy niej ma być grzeczny. I był. Przez minutę. Zanim zaczął grać. A właściwie wyrzucać z siebie – za pomocą harmonijki – jakieś nie-melodyjne dźwięki.
Zanim przyszedł konduktor, któremu nie pokazał biletu (bo go nie miał, tak jak i dowodu osobistego), zanim zdążył rozwścieczyć pasażerów pociągu głośnym i upierdliwym zachowaniem, zanim dojechaliśmy do Niedrzwicy, powiedział do swej sąsiadki:
- A wie pani, że moim kumplem jest Jezus Chrystus?
I dopiero w tym momencie zaczęłam mu zazdrościć.
Minutę przed odjazdem do wagonu wszedł starszy pan, niewysoki, przygarbiony, z włosami niczym młody Szopen (w wydaniu Adamczyka), Dać mu fortepian, a zapewne powygrywałby na nim mazurki i porywające preludia, do rytmu potrząsając szaro-białymi skręconymi włosami. Nie dane mu było. Nam też nie – na szczęście – posłuchać jego interpretacji Szopena, ale uraczył nas inną muzyką. Na harmonijce ustnej. Choć nie, przepraszam. Znajomi artyści mieliby prawo się oburzyć, że dzwięk wydobywany z ust towarzysza podróży, przechodzący przez bordowo-srebrną harmonijkę, nazywam muzyką.
Mężczyzna nie tylko pragnął uraczyć innych swymi umiejętnościami (których jakoś w końcu nie potrafił wyrazić). Jako kulturalny człowiek postanowił też dotrzymać towarzystwa samotnie podróżującej miłej blondynce po 50-tce.
- Czy zechce pani przesunąć tę saszetkę, żebym mógł tutaj posadzić swoje dupsko? – wypłynęło z jego skurczonych w bladym uśmiechu ust.
Uff – pomyślałam – jak dobrze, że moja walizka i komputer są wystarczająco duże, by nie trzeba ich było na siłę upychać pod fotelami. Pan X siadł tuz przede mną, a uczynił to mamrocząc pod nosem „ozdobniki” na K i S. Przy okazji raczył – do kogo to mówił? – wyrazić opinię, że „Lublin to kondoniarze i dziwki, dlatego jadę do ukochanej Stalówki”. Pani, której przyszło siedzieć obok niego, zdecydowanie zareagowała, że przy niej ma być grzeczny. I był. Przez minutę. Zanim zaczął grać. A właściwie wyrzucać z siebie – za pomocą harmonijki – jakieś nie-melodyjne dźwięki.
Zanim przyszedł konduktor, któremu nie pokazał biletu (bo go nie miał, tak jak i dowodu osobistego), zanim zdążył rozwścieczyć pasażerów pociągu głośnym i upierdliwym zachowaniem, zanim dojechaliśmy do Niedrzwicy, powiedział do swej sąsiadki:
- A wie pani, że moim kumplem jest Jezus Chrystus?
I dopiero w tym momencie zaczęłam mu zazdrościć.
piątek, 6 kwietnia 2012
Wódki dziś nie piję
Gdy byłam mała, w Wielki Piątek pościło się tak, jak w żaden innych dzień w roku. Do zjedzenia tylko śledź z cebulką, kromka chleba z dżemem (ale bez masła) i jakiś kapuśniak, nie na kości i bez skwarków. Gdy byłam mała, przez cały Wielki Piątek telewizor był wyłączony, radia się nie słuchało, właściwie żadna muzyka nie wchodziła w grę. Trzeba było być cicho, nie śmiać się głośno (a w naszej rodzinie to nie jest łatwe…). Wieczorem – do kościoła na Drogę Krzyżową i liturgię. Po powrocie do domu dokończyć jakieś porządki czy pichcenie. Żeby zrozumieć sens poświęcenia na krzyżu i przygotować się na Wielkanoc.
Gdy miałam kilkanaście lat, prawie cały Wielki Piątek piekłam ciasta. Siedem – to minimum. Sernik z brzoskwiniami, sernik z rosą, makowiec, pychotka, śmietankowiec… I co roku inne ‘wynalazki’. To dopiero było wyzwanie – piec, ale nie skosztować słodkości, wszak to dzień postu ścisłego. A radio ostatecznie cichutko w kuchni włączone – ale bez tej całej komercji i dance–muzy.
Teraz jest inaczej. A może więcej widzę? 10 godzin pracy zawodowej, żeby zdążyć ze wszystkim przed najpierw obowiązkami, a potem świętowaniem. Szybkie zakupy, które w markecie jednak szybkimi być zwyczajnie nie mogą. A w Plazie muza i kolorowe wystawy, jakby kpiły sobie z szarej deszczowej pogody. Postny śledź. Ale i kawa, z mlekiem i cukrem, bo bez tego ani rusz. Na ulicach luźniej. Ale w barach i pubach ludzi sporo. Już przed świętami można się spotkać ze znajomymi, którzy ściągnęli na ten długi weekend do miasta. – Nie, wódki dziś nie piję – zarzekał się mój sąsiad wychodząc wieczorem z mieszkania. – Ja też nie – wtórował mu kolega – ale za 3 piwka strzelimy, nie?
Można dziś jeszcze pooglądać telewizję, gdy żona gotuje, a dzieci rwą się do komputera. A może żona nie gotuje? Przecież ‘po co tyle się męczyć, skoro dziś wszystko można kupić’. Albo ‘po co się męczyć, skoro jedziemy do dziadków’. Ostatni zakup, żeby w Święta wyglądać lepiej niż koleżanka (to akurat się nie zmienia. ;) I może jednak do kościoła. Na szczęście w mieście jest tyle liturgii do wyboru. Na 17-tą, na 18-tą, na 19-tą, na 20-tą… Jeszcze bym grób odwiedził, ale pogoda kiepska. A, i Noc Konfesjonałów. Ale po co się spowiadać w Wielki Piątek, skoro przed nami jeszcze sobota? Albo po co się w ogóle spowiadać? Czarna mafia to dranie, nie muszą znać moich grzechów. Wystarczy, że wierzę w Boga, kler mi do tego niepotrzebny.
Szkoda tylko, że zimno. Co to za Wielkanoc, gdy nie czuć wiosny? Ale do umartwiania w Wielki Piątek pasuje.
Gdy miałam kilkanaście lat, prawie cały Wielki Piątek piekłam ciasta. Siedem – to minimum. Sernik z brzoskwiniami, sernik z rosą, makowiec, pychotka, śmietankowiec… I co roku inne ‘wynalazki’. To dopiero było wyzwanie – piec, ale nie skosztować słodkości, wszak to dzień postu ścisłego. A radio ostatecznie cichutko w kuchni włączone – ale bez tej całej komercji i dance–muzy.
Teraz jest inaczej. A może więcej widzę? 10 godzin pracy zawodowej, żeby zdążyć ze wszystkim przed najpierw obowiązkami, a potem świętowaniem. Szybkie zakupy, które w markecie jednak szybkimi być zwyczajnie nie mogą. A w Plazie muza i kolorowe wystawy, jakby kpiły sobie z szarej deszczowej pogody. Postny śledź. Ale i kawa, z mlekiem i cukrem, bo bez tego ani rusz. Na ulicach luźniej. Ale w barach i pubach ludzi sporo. Już przed świętami można się spotkać ze znajomymi, którzy ściągnęli na ten długi weekend do miasta. – Nie, wódki dziś nie piję – zarzekał się mój sąsiad wychodząc wieczorem z mieszkania. – Ja też nie – wtórował mu kolega – ale za 3 piwka strzelimy, nie?
Można dziś jeszcze pooglądać telewizję, gdy żona gotuje, a dzieci rwą się do komputera. A może żona nie gotuje? Przecież ‘po co tyle się męczyć, skoro dziś wszystko można kupić’. Albo ‘po co się męczyć, skoro jedziemy do dziadków’. Ostatni zakup, żeby w Święta wyglądać lepiej niż koleżanka (to akurat się nie zmienia. ;) I może jednak do kościoła. Na szczęście w mieście jest tyle liturgii do wyboru. Na 17-tą, na 18-tą, na 19-tą, na 20-tą… Jeszcze bym grób odwiedził, ale pogoda kiepska. A, i Noc Konfesjonałów. Ale po co się spowiadać w Wielki Piątek, skoro przed nami jeszcze sobota? Albo po co się w ogóle spowiadać? Czarna mafia to dranie, nie muszą znać moich grzechów. Wystarczy, że wierzę w Boga, kler mi do tego niepotrzebny.
Szkoda tylko, że zimno. Co to za Wielkanoc, gdy nie czuć wiosny? Ale do umartwiania w Wielki Piątek pasuje.
wtorek, 13 marca 2012
Z kim do pubu?
8 marca 2012 r.
Cały dzień pracowałam. Nagranie, montaż, nagranie, montaż, nagranie, montaż. O 22:00 stwierdziłam, że co jak co, ale skoro nawet w Dzień Kobiet na bankiecie wina nie mogę skosztować, to choć po pracy oficjalnie poświętuję. I wybrałyśmy się z przyjaciółką do pubu, w którym często bywamy. Tłum, gwar, ale mały stolik znalazłyśmy, zamówiłyśmy co trzeba i zaczęłyśmy rozmawiać, by nadrobić kilka dni niewidzenia się. Muzyka, gadki... Musiałyśmy nachylać się do siebie, by przekrzyczeć resztę gości.
Za stołem przede mną siedziała grupa ludzi, z których część Dzień Kobiet świętowała już chyba dość długo... Większość z nich wyszła na papierosa, zostało dwóch mężczyzn. Jeden z nich, w okularach, nachyla się do drugiego i pokazując ręką oraz kiwając głową w stronę sali, mówi:
- Te dwie - wskazał w naszą stronę - to lesbijki, tamte dwie średnie, a tamte... - I tu nie dokończył, bo jakimś cudem usłyszałam te słowa i starając się zachować delikatność i uśmiech osoby straight sprostowałam - Te dwie to nie lesbijki.
Mężczyzna zamilkł. Po sekundach ciszy zaczął mnie przepraszać. Odrzekłam z uśmiechem (lekko uwypuklając swój dekolt), że doprawdy nie ma za co...
On - nieco bełkocząc - ponownie przeprosił.
Po paru minutach do stolika wrócili znajomi, pochylili się ku okularnikowi, który zapewne opowiadał właśnie o swoim faux pas. Jego kolega, siedzący do nas tyłem, odwrócił się delikatnie i niby to zerkając ponad naszymi głowami w stronę sali próbował zlustrować i K., i mnie. Znowu odchyliłam się od stolika, uśmiechnęłam, pochwyciłam jego wzrok i powiedziałam: - Naprawdę, nie lesbijki! Ten uśmiechnął się i nawet lekko zarumienił. Okularnik i jego kumpel ponownie przeprosili...
Co za czasy! To już nie można z przyjaciółką wyskoczyć na drinka?
Nie mam nic przeciwko lesbijkom, ale dziwnie się poczułam, gdy usłyszałam, że ktoś mnie tak postrzega... A z drugiej strony lepiej, że to nas określił słowem 'lesbijki', niż 'tamte średnie'...
PS Panu Okularnikowi - Muzykowi Teatru Muzycznego w Lublinie - radzę poćwiczyć nie tylko słuch i gardło (co w knajpce i tak robi dość często)...
Cały dzień pracowałam. Nagranie, montaż, nagranie, montaż, nagranie, montaż. O 22:00 stwierdziłam, że co jak co, ale skoro nawet w Dzień Kobiet na bankiecie wina nie mogę skosztować, to choć po pracy oficjalnie poświętuję. I wybrałyśmy się z przyjaciółką do pubu, w którym często bywamy. Tłum, gwar, ale mały stolik znalazłyśmy, zamówiłyśmy co trzeba i zaczęłyśmy rozmawiać, by nadrobić kilka dni niewidzenia się. Muzyka, gadki... Musiałyśmy nachylać się do siebie, by przekrzyczeć resztę gości.
Za stołem przede mną siedziała grupa ludzi, z których część Dzień Kobiet świętowała już chyba dość długo... Większość z nich wyszła na papierosa, zostało dwóch mężczyzn. Jeden z nich, w okularach, nachyla się do drugiego i pokazując ręką oraz kiwając głową w stronę sali, mówi:
- Te dwie - wskazał w naszą stronę - to lesbijki, tamte dwie średnie, a tamte... - I tu nie dokończył, bo jakimś cudem usłyszałam te słowa i starając się zachować delikatność i uśmiech osoby straight sprostowałam - Te dwie to nie lesbijki.
Mężczyzna zamilkł. Po sekundach ciszy zaczął mnie przepraszać. Odrzekłam z uśmiechem (lekko uwypuklając swój dekolt), że doprawdy nie ma za co...
On - nieco bełkocząc - ponownie przeprosił.
Po paru minutach do stolika wrócili znajomi, pochylili się ku okularnikowi, który zapewne opowiadał właśnie o swoim faux pas. Jego kolega, siedzący do nas tyłem, odwrócił się delikatnie i niby to zerkając ponad naszymi głowami w stronę sali próbował zlustrować i K., i mnie. Znowu odchyliłam się od stolika, uśmiechnęłam, pochwyciłam jego wzrok i powiedziałam: - Naprawdę, nie lesbijki! Ten uśmiechnął się i nawet lekko zarumienił. Okularnik i jego kumpel ponownie przeprosili...
Co za czasy! To już nie można z przyjaciółką wyskoczyć na drinka?
Nie mam nic przeciwko lesbijkom, ale dziwnie się poczułam, gdy usłyszałam, że ktoś mnie tak postrzega... A z drugiej strony lepiej, że to nas określił słowem 'lesbijki', niż 'tamte średnie'...
PS Panu Okularnikowi - Muzykowi Teatru Muzycznego w Lublinie - radzę poćwiczyć nie tylko słuch i gardło (co w knajpce i tak robi dość często)...
wtorek, 6 marca 2012
Szczęście
Niedziela, 4 marca, godz. 16:49. Słońce leniwie przedziera się przez zamieszkały jednopiętrowy dom, który jeszcze kilkanaście lat temu był dworcem PKP w Lipie. Zza zakrętu wysuwa się pociąg relacji Stalowa Wola – Lublin. To właściwie szynobus – nieduży, stosunkowo nowy, nowoczesny. Do wyboru dwoje wejściowych drzwi. Długowłosa blondynka, którą starszy mężczyzna odprowadził na peron, na odchodne prócz ‘do zobaczenia’ rzuca: ‘biegnę na tył’. Naciskam więc guzik przednich drzwi. W środku tłok, wszystkie miejsca zajęte. Od Stalowej Woli jechał zaledwie 10-15 minut i już nie ma gdzie usiąść? Koniec weekendu, studenci pewnie jadą do Lublina, by z tobołkami pełnymi pierogów i bigosu rozpocząć tydzień nauki i imprez.
Walizkę stawiam w wolnym miejscu, między rzędem foteli ustawionych wzdłuż okien a ścianką działową przy jednym z wyjść. Kładę na niej torbę. Szal rzucam obok. Rozpinam płaszcz. Prawą ręką trzymam się pionowej rury. Jak dobrze, że mam książkę, przynajmniej czas szybko zleci.
W Zaklikowie dosiadają kolejne osoby. Robi się tłoczniej.
Raz za razem zerkam za okno. Zachodzące słońce ozłaca przedwiosenne kikuty drzew.
W Polichnie coraz bardziej bolą mnie plecy Tzn. kręgosłup. Tzn. krzyż, jak mawiała babcia.
Nie mam się o co oprzeć. Ale Harry Hole przy pomocy młodego Halvorsena włamuje się do domku letniskowego byłego kochanka zamordowanej Anny, by po chwili ukryć się na piętrze przed niespodziewanym najściem właściciela, więc towarzyszenie im w lęku jest ważniejsze od mego bólu. Zresztą, jeszcze tylko godzina drogi.
Szastarka. Coraz ciaśniej. Stoimy. I stoimy. Czekamy na inny pociąg? Stoimy. Wybiega maszynista (mechanik?), coś na zewnątrz robi przy pojeździe (nie mam pojęcia co) i wraca do kabiny. W tłumie, tuż obok mnie, kondutor rozgląda się ponad głowami. Czeka razem z nami. Gaśnie światło. Już nie poczytam książki. Po stłumionym „ooo….”, które wyrwało się z gardeł niektórych podróżnych, cisza. Gdzieś ktoś coś szepce, ale wydaje się, że panuje absolutny spokój. Aż dziwne. Nikt nie pyta, dlaczego stoimy, jak długo jeszcze, ani co się dzieje. Maszynista (mechanik?) ponownie wybiega z pociągu i wraca. Światło zapala się. Uff. Sprawdzę, czy Halvorsenowi udało się wyskoczyć przez okno mimo szczerzącego kły rottweilera. Z krótkofalówki konduktora po raz kolejny dobiega kobiecy głos: - Jedziecie czy nie? Bo nie wiem, co z mijaniem w Krasniku.
Konduktor nie odpowiada. Przechodzi do przodu szynobusu.
- Co, znowu jakaś katastrofa? – siląc się na dowcip rzuca jakiś krótko przystrzyżony młodzian. – To nie jest śmieszne – odpowiada mu około 20-letnia dziewczyna. – Przepraszam za czarny humor – mityguje się chłopak. Towarzysze udają, że nie słyszą.
Po ok. 10 minutach postoju ruszamy dalej.
Kraśnik. Starszy pan, naprzeciw którego stałam, wstaje i szykuje się do wyjścia. Rozglądam się, pytam stojącej obok pani, czy chce usiąść, a ona odpowiada, że też wysiada. Z ogromną radością więc opadam na fotel, mrucząc: - Pełnia szczęścia. Sąsiadka obok podnosi głowę znad gazety i znacząco się uśmiecha i potakuje. Z ulgą patrzę na powiększający się obok tłum osób. Robi się coraz ciaśniej, kilka osób wysiadło, ale więcej wsiada. W środkowej części pojazdu nawet trudno jest się czegoś przytrzymać. Poza tym to nie autobus miejski, z którego po kwadransie wysiadasz. Ale ja siedzę!
Nagle widzę starszą kobietę, w wieku mojej babci. Niewysoka i pulchna nieco, z trudem łapie poręcz umieszczoną poziomo pod dachem pociągu. – Nie, nie wstawaj – walczę sama z sobą. – Udawaj, że jej nie widzisz. Obok mnie w końcu siedzą młodsze dziewczyny (mniej zmarszczek mają), i mężczyzna po 30-tce. A gdyby to była jednak moja babcia? Wstaję i zapraszam panią na fotel. Kobieta uśmiecha się i grzecznie odmawia. Jest mi wstyd za blady uśmiech, widocznie nie zrobiłam tego jak należy, nie powiedziałam grzecznie, tylko ‘z łaską’. Poprawiam się. Pani na to – widząc moja książkę – mówi: - Ale trudno będzie pani czytać. – Nie szkodzi – odpowiadam. Kobieta się waha. Pytam: - Do Lublina pani jedzie? – jeszcze mam odrobinę nadziei, że może towarzyszka podróży w Leśniczówce czy w Wilkołazie wysiądzie. – Jeszcze dalej – śmieje się ona – do Nałęczowa. – To tym bardziej zapraszam – wskazuję na wolny od kilkudziesięciu sekund fotel, który stał się już obiektem pożądania wielu osób.
Tym razem Harry’emu znowu się udaje. I wie, że właściciel domku przyszedł sprawdzić album, z którego zdjęcie nie wiadomo jak i dlaczego znalazło się w bucie zmarłej Anny. Fabuła wciąga mnie coraz bardziej. Nie przeszkadzają kolejne osoby wciskające się do pociągu, ani kuksańce, które otrzymuję w plecy. O nie, dalej się nie przesunę. Nie odejdę od walizki i torebki dalej niż pół metra. Poza tym tam też ścisk i brak pionowych poręczy do przytrzymania.
Konduktor już nie sprawdza biletów. Trudno mu przejść chyba. Młodzież niezbyt głośno rozmawia o wymaganiach profesorów. Większość osób pochylona nad kolorowymi pismami i książkami. Część drzemie. A ja stoję i jest mi coraz bardziej gorąco. Dziewczynom obok mnie też chyba ciepło. Kręgosłup czuję coraz mocniej. Starzeję się? Dawno tak długo nie stałam… Zerkam na zegarek. 15 minut opóźnienia. Spóźnię się na trolejbus, kolejny za 30 minut.
Z ciemności za oknem przebłyskują już światła bloków mieszkalnych. Lublin. Pociąg wjeżdża na peron. Zmęczona, obolała, spocona dotarłam. Ale i tak ja to mam szczęście.
czwartek, 1 marca 2012
I po co ten mecz?
Ronaldo – przystojniaczek.
Mecz Polska – Portugalia dla mnie – nuda.
Stadion z daleka (np. z trasy wjazdowej z Lublina do centrum stolicy) - nieciekawy…
I po co takie halo?
Zamiast meczu Polska – Portugalia, który skończył się wynikiem bezbramkowym, można by za znacznie mniejsze pieniądze zorganizować wizytę samego Cristiano Ronaldo. Młody, przystojny, fotogeniczny i wysportowany. Zawodowiec. Pokazałby parę akcji z podań Polaków (żeby nasi też mogli zaistnieć), strzeliłby kilka bramek i byłoby super widowisko.
Aha, na bramce postawilibyśmy sportowca z Niemiec (podwójna radość – bramkę strzela Ronaldo, Polacy kibicują jak naszemu, a ten ogrywa Niemca w polskim imieniu… symboliczne!). I więcej kobiet na to show by przyszło (na meczu podobno trochę wolnych miejsc zostało). Przecież chodzi o widowisko i o emocje. Z jednego Ronaldo byłoby ich więcej…
Ale nie jestem sprawiedliwa. W trakcie meczu smażyłam naleśniki.
Mecz Polska – Portugalia dla mnie – nuda.
Stadion z daleka (np. z trasy wjazdowej z Lublina do centrum stolicy) - nieciekawy…
I po co takie halo?
Zamiast meczu Polska – Portugalia, który skończył się wynikiem bezbramkowym, można by za znacznie mniejsze pieniądze zorganizować wizytę samego Cristiano Ronaldo. Młody, przystojny, fotogeniczny i wysportowany. Zawodowiec. Pokazałby parę akcji z podań Polaków (żeby nasi też mogli zaistnieć), strzeliłby kilka bramek i byłoby super widowisko.
Aha, na bramce postawilibyśmy sportowca z Niemiec (podwójna radość – bramkę strzela Ronaldo, Polacy kibicują jak naszemu, a ten ogrywa Niemca w polskim imieniu… symboliczne!). I więcej kobiet na to show by przyszło (na meczu podobno trochę wolnych miejsc zostało). Przecież chodzi o widowisko i o emocje. Z jednego Ronaldo byłoby ich więcej…
Ale nie jestem sprawiedliwa. W trakcie meczu smażyłam naleśniki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






