Gdy zmierzchało, przychodził wujek. „Na szczęście, na zdrowie, kolęda, na tę Wigilię Bożego Narodzenia, abyście byli zdrowi, weseli, jak w niebie anieli” – witał się tradycyjnym w naszej rodzinie pozdrowieniem. I oficjalnie zapraszał na wieczerzę wigilijną. Czyli na postnik, jak mawiała Babcia Andzia. Czyli na pośnik. Co roku do wspólnego stołu zasiadały 3 pokolenia z pięciu domostw. I co roku kolację wigilijną przygotowywała inna rodzina. Najpierw K. i W., potem B., potem T., potem my, K., potem drudzy T. I w kolejnym roku rundka zaczynała się na nowo.
Stół (a właściwie ze 3 połączone stoły), zasłany białymi obrusami (albo bielusieńkimi wykrochmalonymi prześcieradłami). Przy nim krzesła, stołki i proste ławki. W końcu jakoś trzeba było pomieścić 25 – 30 osób. Dzieci oczywiście na kolanach rodziców. Na stole rozstawione naczynia, ale nie dla każdego. Dlaczego? Bo zwyczajowo barszcz z uszkami, groch w barszczu czy kapustę z grzybami i grochem, jadły po 2-3 osoby z jednego talerza. I każdy miał swoją łyżkę, przyniesioną z domu. Tradycja nakazywała tej łyżki nie wypuszczać z rąk przez cały wieczór, a po zjedzeniu kapusty z grochem należało uderzyć łyżką czoło sąsiada. Kto pierwszy, ten lepszy. I ile radości! ;) A po co? Żeby w nadchodzącym roku… nie bolała głowa.
Na postnik każda rodzina przychodziła z talerzem ryb. Wokół sporo stawów, więc o karpia nie było i nie jest trudno. Porcje ryby, zawsze dobrze wysmażone, znikały ze stołów jako pierwsze. Co jeszcze było w wigilijnym menu? Nie karp w galarecie, nie kutia, nawet nie pierogi z kapustą i grzybami. W końcu w niemal każdej rodzinie są inne zwyczaje. U nas: śledzie w cebulce, barszcz z uszkami, groch w barszczu (lub w wywarze z owocowego suszu), gołąbki z kaszą gryczaną i grzybami, kluski z makiem i bakaliami, racuchy lub pączki, kapusta z grzybami, pierogi (z jabłkami, ze śliwkami, z makiem). I przepyszny kompot z suszonych jabłek (najlepiej takich malutkich, dzikich) i z gruszek. Robiony tak właściwie raz do roku. Co do potraw – olej, którym polewano kapustę czy dodawano go do innych potraw, to tzw. olej bity, lniany, czyli prawdziwy. No i barszcz czerwony – bynajmniej nie z torebki…
Między jedzeniem śpiewało się, oj śpiewało. Od „Wśród nocnej ciszy” przez „Do szopy, hej pasterze” po „Anioł pasterzom mówił” i „Jezus Malusieńki”. I tak wieczerza wigilijna trwała przynajmniej 3 godziny.
Potem w mrozie (dobrze, gdy był) wracało się do domów na chwilę drzemki, zmiany ubrań na cieplejsze i szło się na Pasterkę, która tradycyjnie odprawiana jest o północy. A jak w kościele najedzony (i lekko napity) lud ryknął „Bóg się rodzi”, to naprawdę czuć było Boże Narodzenie.
Czasy się zmieniają.
Dziś do stołu w mojej rodzinie zasiada nas trochę mniej, ale od 10 do 15 osób to i tak sporo. ;) I jest Skype, dzięki któremu pokonuje się tysiące kilometrów. Na szczęście potrawy podobne, kolędy też (wciąż śpiewamy więcej niż jedną czy dwie zwrotki). Życzenia może bardziej wymagające (choć jest też tradycyjne „obyśmy starego roku dożyli i za rok się znów spotkali”), ale opłatek wciąż kruchy i biały. Kłótni i poganiania od rana w Wigilię też nie brakuje (Mama: „Dzieci, prędzej, już druga, nie wyrobimy się…”; My: „mamo, czy kiedyś się nie wyrobiliśmy?”), muzyka i radio ściszone, post obowiązuje (no, najwyżej rybka lub śledzik), choć kawa z mlekiem ratuje pragnienie głodu. I przestroga: jaka Wigilia, taki cały rok.
Czasy się zmieniają, nic nie jest idealne, ale u nas to wciąż nie tylko tradycja, a prawdziwe świętowanie Bożego Narodzenia.
wtorek, 25 grudnia 2012
piątek, 21 grudnia 2012
Dzieci to skarb
-Zabiję te czarnuchy! – mówi około trzyletni chłopiec, ubrany w granatowy kombinezon, buty z kożuszkiem i wielką czapkę. A właściwie wykrzykuje te słowa w kierunku szukających ziarenek na chodniku srebrno-szarych gołębi. Próbuje energicznie zbliżyć do nich swe buty, ale gołębie odskakują lub odfruwają. – Aaaaaaa! – pokrzykuje dalej chłopiec. –Aaaa… Zginiesz!
Znajduje jakiś patyk i niczym bohater filmów kung-fu próbuje się uporać z mniejszymi od siebie stworzeniami. Nagle pokazuje też swą siłę i poczucie władczości oraz… brak gustu, bo moje brązowe skórzane kozaki chyba mu się nie podobają. Jego noga uderza w moją. Nasze spojrzenia się spotykają. Wyrwać mu ten patyk i nauczyć go kultury? Pokazać, że nie jest panem chodnika? Udowodnić, że jego władza kończy się w przedszkolu, terror może sprawować w domu, ale nie w otwartym miejscu publicznym przy ul. Sowińskiego? Gówniarz jeden! A potem z takiego wyrośnie prawdziwy terrorysta, złodziej albo przynajmniej niesprawiedliwy szef. Mam nadzieję, że tego trzylatka, który zdecydował się znowu urągać słowem i czynem gołębiom, terroryzując okolicę, nauczą dobrego zachowania w domu. Oby rodzice przestali go juz rozpieszczać i nie pozwalali oglądać głupawych filmów...
Nagle odwraca się idąca przed nami starsza kobieta i ciepłym, choć zachrypniętym nieco głosem mówi:
- Oskarusiu, kochany, chodź do babci… Kupimy ci twój ulubiony batonik.
Znajduje jakiś patyk i niczym bohater filmów kung-fu próbuje się uporać z mniejszymi od siebie stworzeniami. Nagle pokazuje też swą siłę i poczucie władczości oraz… brak gustu, bo moje brązowe skórzane kozaki chyba mu się nie podobają. Jego noga uderza w moją. Nasze spojrzenia się spotykają. Wyrwać mu ten patyk i nauczyć go kultury? Pokazać, że nie jest panem chodnika? Udowodnić, że jego władza kończy się w przedszkolu, terror może sprawować w domu, ale nie w otwartym miejscu publicznym przy ul. Sowińskiego? Gówniarz jeden! A potem z takiego wyrośnie prawdziwy terrorysta, złodziej albo przynajmniej niesprawiedliwy szef. Mam nadzieję, że tego trzylatka, który zdecydował się znowu urągać słowem i czynem gołębiom, terroryzując okolicę, nauczą dobrego zachowania w domu. Oby rodzice przestali go juz rozpieszczać i nie pozwalali oglądać głupawych filmów...
Nagle odwraca się idąca przed nami starsza kobieta i ciepłym, choć zachrypniętym nieco głosem mówi:
- Oskarusiu, kochany, chodź do babci… Kupimy ci twój ulubiony batonik.
wtorek, 4 grudnia 2012
To tylko kwiatki?
Czy buty to dobry prezent od chłopaka dla dziewczyny? Ale po kolei...
***
Zimowe szare popołudnie. Sygnał komórki. Wyświetla się nieznany mi numer.
- Pani Anna Kowalska? – zagaja miły męski głos.
- Przy telefonie – odpowiadam. A niby któż inny mógłby odebrać moją prywatną komórkę...
- Mam dla Pani przesyłkę. A dokładnie: kwiaty. Czy jest pani w tej chwili w mieszkaniu? Ulica Kolorowa?
- Jezu! Kwiaty? Dla mnie? Yyyy. Tak, jestem w domu, zapraszam.
Po 20 minutach w drzwiach mieszkania stoi dostawca z naręczem żółtych tulipanów i fioletowych irysów. Na tle zielonych liści wyglądają bajkowo. Od kogo? Nie ma wizytówki. Ale chyba się domyślam.
Następnego dnia po południu znowu telefon. I znowu przesyłka. Nie do wiary! Drugi dzień z rzędu. I znowu kwiaty. Tym razem piękne pełne różowo-kremowe róże, otulone jasnymi tulipanami. Cudo. Zwłaszcza, że na dworze jakieś -10 stopni Celsjusza. Jejku, ktoś ma gest. I poczucie smaku. I lubi robić niespodzianki.
Trzeci dzień. Mogłam się spodziewać, ale i tak było przemiło. Tym razem potężny bukiet czerwonych róż. Wszak to 14 lutego. Gradacja emocji związana z kwiatami była, a jakże. Prezent piękny. I uwielbiam niespodzianki. Dziś z prawdopodobnym (bo nigdy się nie przyznał) nadawcą kwiatów kontaktu nie mam, nic nas nie łączyło prócz wzajemnej sympatii, ale piękne wspomnienia zostały. Bo czy kwiaty nie są najpiękniejszym prezentem dla kobiety?
***
- E tam, słaba historia… - mówi znajomy.
- Fajne, ale takie banalne. Kwiaty? – z niedowierzeniem dodaje drugi.
- To tylko jakieś kwiatki. Nie wysilił się… - potakuje trzeci.
- Po pierwsze liczy się gest i pomysł, nie tylko same kwiaty – odpowiadam wchodząc na emocjonalny ton i dziwiąc się, że moi koledzy tak nic nie rozumieją. – Po drugie kwiaty to najprostszy, a jednocześnie piękny i wymowny prezent. Na co dzień i od święta. Jak chcecie sprawić radość albo zatuszować jakąś wpadkę. Zamiast kombinować jak dobrać kolczyki albo czy perfumy się spodobają, dajecie kwiaty. Czemu tego nie doceniacie? Czemu nie kupujecie swoim dziewczynom i żonom kwiatów tak często, jak by tego chciały? Parę złotych, parę minut, a one mają duuuużo radości. A Wy stajecie się bohaterami – przekonuję.
- Lepsza jest jednak biżuteria…
- Bielizna. Coś odjazdowego.
- Kosmetyki. Tak.
- A ja kupiłem… buty.
- COOOOOOO? Ale… jak to?
- Normalnie. Poszliśmy do sklepu, wybrała sobie, przymierzyła, a ja zapłaciłem – opowiada R.
- Ale przecież takie buty (i w taki sposób zakupione) to może sprawić tylko mąż żonie, to przecież nie może być uroczy prezent...
- Ale jej się podobały – ripostuje R.
- Ale buty??? - Powtarzam z niedowierzaniem… - Nie czujesz, że Cię naciągnęła?
- No przecież byliśmy razem 2 lata. Od dawna jest moją eks, a wciąż ma te buty.
I tak zaczęły się moje rozmowy o tym, co najlepsze na prezent (w związkach damsko-męskich). I jak rozpoznać, czy Twoja dziewczyna/ Twój chłopak nie naciąga Cię na kosztowności, czy nie wykorzystuje Cię. I co kobiety cieszy najbardziej. I jakie najoryginalniejsze prezenty otrzymaliście.
Piszę to nie tylko w kontekście zbliżającego się Mikołaja. Choć mam nadzieję, że i ja od Mikołaja coś dostanę. Na szczęście nie jestem wymagająca. I uwielbiam Kinder Niespodzianki ;)
PS Pewnie spytacie, co to za buty? Na szczęście nie kozaki, ani nie japonki. Szpilki. ;)
***
Zimowe szare popołudnie. Sygnał komórki. Wyświetla się nieznany mi numer.
- Pani Anna Kowalska? – zagaja miły męski głos.
- Przy telefonie – odpowiadam. A niby któż inny mógłby odebrać moją prywatną komórkę...
- Mam dla Pani przesyłkę. A dokładnie: kwiaty. Czy jest pani w tej chwili w mieszkaniu? Ulica Kolorowa?
- Jezu! Kwiaty? Dla mnie? Yyyy. Tak, jestem w domu, zapraszam.
Po 20 minutach w drzwiach mieszkania stoi dostawca z naręczem żółtych tulipanów i fioletowych irysów. Na tle zielonych liści wyglądają bajkowo. Od kogo? Nie ma wizytówki. Ale chyba się domyślam.
Następnego dnia po południu znowu telefon. I znowu przesyłka. Nie do wiary! Drugi dzień z rzędu. I znowu kwiaty. Tym razem piękne pełne różowo-kremowe róże, otulone jasnymi tulipanami. Cudo. Zwłaszcza, że na dworze jakieś -10 stopni Celsjusza. Jejku, ktoś ma gest. I poczucie smaku. I lubi robić niespodzianki.
Trzeci dzień. Mogłam się spodziewać, ale i tak było przemiło. Tym razem potężny bukiet czerwonych róż. Wszak to 14 lutego. Gradacja emocji związana z kwiatami była, a jakże. Prezent piękny. I uwielbiam niespodzianki. Dziś z prawdopodobnym (bo nigdy się nie przyznał) nadawcą kwiatów kontaktu nie mam, nic nas nie łączyło prócz wzajemnej sympatii, ale piękne wspomnienia zostały. Bo czy kwiaty nie są najpiękniejszym prezentem dla kobiety?
***
- E tam, słaba historia… - mówi znajomy.
- Fajne, ale takie banalne. Kwiaty? – z niedowierzeniem dodaje drugi.
- To tylko jakieś kwiatki. Nie wysilił się… - potakuje trzeci.
- Po pierwsze liczy się gest i pomysł, nie tylko same kwiaty – odpowiadam wchodząc na emocjonalny ton i dziwiąc się, że moi koledzy tak nic nie rozumieją. – Po drugie kwiaty to najprostszy, a jednocześnie piękny i wymowny prezent. Na co dzień i od święta. Jak chcecie sprawić radość albo zatuszować jakąś wpadkę. Zamiast kombinować jak dobrać kolczyki albo czy perfumy się spodobają, dajecie kwiaty. Czemu tego nie doceniacie? Czemu nie kupujecie swoim dziewczynom i żonom kwiatów tak często, jak by tego chciały? Parę złotych, parę minut, a one mają duuuużo radości. A Wy stajecie się bohaterami – przekonuję.
- Lepsza jest jednak biżuteria…
- Bielizna. Coś odjazdowego.
- Kosmetyki. Tak.
- A ja kupiłem… buty.
- COOOOOOO? Ale… jak to?
- Normalnie. Poszliśmy do sklepu, wybrała sobie, przymierzyła, a ja zapłaciłem – opowiada R.
- Ale przecież takie buty (i w taki sposób zakupione) to może sprawić tylko mąż żonie, to przecież nie może być uroczy prezent...
- Ale jej się podobały – ripostuje R.
- Ale buty??? - Powtarzam z niedowierzaniem… - Nie czujesz, że Cię naciągnęła?
- No przecież byliśmy razem 2 lata. Od dawna jest moją eks, a wciąż ma te buty.
I tak zaczęły się moje rozmowy o tym, co najlepsze na prezent (w związkach damsko-męskich). I jak rozpoznać, czy Twoja dziewczyna/ Twój chłopak nie naciąga Cię na kosztowności, czy nie wykorzystuje Cię. I co kobiety cieszy najbardziej. I jakie najoryginalniejsze prezenty otrzymaliście.
Piszę to nie tylko w kontekście zbliżającego się Mikołaja. Choć mam nadzieję, że i ja od Mikołaja coś dostanę. Na szczęście nie jestem wymagająca. I uwielbiam Kinder Niespodzianki ;)
PS Pewnie spytacie, co to za buty? Na szczęście nie kozaki, ani nie japonki. Szpilki. ;)
wtorek, 18 września 2012
Teraz kobiety
Cel świetny.
A kiedy program będzie emitowany?
W niedziele. O 7:15.
Idealna pora…
Bo panie, które chcą być aktywne zawodowo, wstają w niedzielę z rana, idą do kiosku po najświeższą prasę i w poszukiwaniu pracy zaglądają od razu do działu anonse…
Bo w niedzielne poranki można spokojnie (gdy mąż i dzieci śpią) podzwonić do różnych firm i umówić się na rozmowę kwalifikacyjną…
Bo w niedzielne poranki umysł jest wypoczęty po całym tygodniu biegania po urzędach, wywiadówkach i marketach, po użeraniu się z awanturującym się sąsiadem, po kłótni z mężem i walce z zadaniem matematycznym syna… I może wreszcie pomyśleć o biznesie.
Bo w niedzielne poranki ubolewamy, że przed nami cały dzień relaksu, i chcemy go rozpocząć naprawdę aktywnie.
Bo w niedzielne poranki najpierw warto obejrzeć program, w którym zaprezentowane zostaną działania wzorowych bizeswomen, które natchną do pracy. A potem zdąży się na 8:00 do kościoła, by wymodlić sobie ciekawy i dobrze płatny biznes…
Bo gdy w ten jedyny dzień w tygodniu mąż nie biegnie do roboty i może zająć się dzieckiem, ty i tak nie wytrzymujesz w łóżku i włączasz sobie telewizję. A mąż robi Ci śniadanie.
Bo kobiety, które no co dzień pracują, choć z tej pracy nie czerpią już wystarczająco dużo pieniędzy czy radości, mogą w niedzielę z rana zaczerpnąć natchnienie z TVP i na spokojnie zaplanować lepszą przyszłość.
Bo na co dzień w pracy zajęte jesteśmy pracą i nie mamy czasu pomyśleć o nowej pracy – a taką szansę mamy w niedzielny poranek.
Aha. Audycja "Teraz kobiety” jest finansowana ze środków Ministerstwa Pracy. Telewizja wie, jak zrobić biznes. A ministerstwo - jak zatrudniać.
wtorek, 11 września 2012
Miłość trwa wiecznie?
Czym jest miłość?
Po czym ją rozpoznać?
Czy jest nam przeznaczona tylko jedna osoba na świecie?
Czy miłość może trwać wiecznie?
Na te pytania poeci, prozaicy, muzycy, także naukowcy i… zwykli zjadacze chleba wciąż szukają odpowiedzi. Czasem wszystko wydaje się jasne, a potem sprawy się komplikują.
- … no i rozstaliśmy się.
- To przykre, po tylu latach związku, po dwóch latach mieszkania razem.
- To prawda, ale wciąż się spotykamy.
- Jak to?
- Odwiedza mnie, chodzimy na kawę, czasem do kina. Wciąż mamy wielu znajomych i tematy do rozmów. No wiesz, jak tak długo było się razem, to trudno od pewnych rzeczy się odzwyczaić.
- Hmm. To zadam najważniejsze pytanie: kochasz go?
- Zależy, którego dnia mnie zapytasz…
Po czym ją rozpoznać?
Czy jest nam przeznaczona tylko jedna osoba na świecie?
Czy miłość może trwać wiecznie?
Na te pytania poeci, prozaicy, muzycy, także naukowcy i… zwykli zjadacze chleba wciąż szukają odpowiedzi. Czasem wszystko wydaje się jasne, a potem sprawy się komplikują.
- … no i rozstaliśmy się.
- To przykre, po tylu latach związku, po dwóch latach mieszkania razem.
- To prawda, ale wciąż się spotykamy.
- Jak to?
- Odwiedza mnie, chodzimy na kawę, czasem do kina. Wciąż mamy wielu znajomych i tematy do rozmów. No wiesz, jak tak długo było się razem, to trudno od pewnych rzeczy się odzwyczaić.
- Hmm. To zadam najważniejsze pytanie: kochasz go?
- Zależy, którego dnia mnie zapytasz…
czwartek, 6 września 2012
Niezła chata, niezłe tempo
Jeszcze tylko 2 tygodnie zostały do uroczystego otwarcia nowoczesnego apartamentowca. Przed K. z firmy PR-owej moc pracy. Co dziś? Spotkanie w sprawie cateringu na bankiecie i wybór miejsca na konferencję prasową.
K. jedzie do apartamentowca, w którym dobiegają końca ostatnie instalacje.
Minęła 13:00, a właściciela i kierownika budowy wciąż nie ma. Czy dziennikarze zmieszczą się w salonie w najlepszym z apartamentów, dwupoziomowym, z tarasem, oknami na całą ścianę, marmurowymi dodatkami, w którym temperaturę powietrza lub napełnienie wodą wanny można zrobić spoza mieszkania poprzez użycie iPada? K. uważa, że bez problemu. Właściciel apartamentowca obawia się, że nie… Dziś mieli tam zajrzeć, ale ten się spóźnia. K. nie lubi czekać bezczynnie pod drzwiami wejściowymi. Choć założyła buty na obcasie, niemal wbiega na pierwsze piętro szukając przynajmniej kierownika budowy. Nie ma go. Na drugim – też nie ma. Spotyka za to dwóch mężczyzn stojących obok windy. Chyba ich wcześniej tu nie widziała. Uff, jak dobrze, że ma nową torebkę i fryzurę prosto od fryzjera. Na koncie nic już nie zostało, ale w końcu obsługuje najbogatszych ludzi w mieście. Może za 10 lat w firmie PR-owej będzie ją stać na choćby pół takiej łazienki… Cóż. Dziś nadrabia miną.
- Przepraszam, nie widzieli panowie może Jana W.? – pyta K.
- Nie, dziś nie – odpowiadają.
- Nie lubię, gdy ktoś się spóźnia – z uśmiechem, ale zdecydowanie tłumaczy K. Odwraca się i wyprostowana wchodzi do najbliższego apartamentu. Z impetem otwiera uchylone drzwi, rozgląda się. Podchodzi do okna. Rzuca okiem na piękny widok na miasto. Idzie w stronę kuchni, przesuwając ręką po chłodnym blacie ozdobnego regału… Panowie niepewnym krokiem za nią. Gdyby K. się odwróciła, zobaczyłaby ich nieco zdziwione miny.
- Jak panowie myślą, czy tu zmieści się 15 dziennikarzy? - po chwili pyta K.
- Ale…. dlaczego pani chce sprowadzić dziennikarzy do mojego mieszkania? – pyta pan w ciemnym garniturze.
K. zatkało. Pomyliła piętra. Zdarza się nawet najlepszemu PR-owcowi...
K. jedzie do apartamentowca, w którym dobiegają końca ostatnie instalacje.
Minęła 13:00, a właściciela i kierownika budowy wciąż nie ma. Czy dziennikarze zmieszczą się w salonie w najlepszym z apartamentów, dwupoziomowym, z tarasem, oknami na całą ścianę, marmurowymi dodatkami, w którym temperaturę powietrza lub napełnienie wodą wanny można zrobić spoza mieszkania poprzez użycie iPada? K. uważa, że bez problemu. Właściciel apartamentowca obawia się, że nie… Dziś mieli tam zajrzeć, ale ten się spóźnia. K. nie lubi czekać bezczynnie pod drzwiami wejściowymi. Choć założyła buty na obcasie, niemal wbiega na pierwsze piętro szukając przynajmniej kierownika budowy. Nie ma go. Na drugim – też nie ma. Spotyka za to dwóch mężczyzn stojących obok windy. Chyba ich wcześniej tu nie widziała. Uff, jak dobrze, że ma nową torebkę i fryzurę prosto od fryzjera. Na koncie nic już nie zostało, ale w końcu obsługuje najbogatszych ludzi w mieście. Może za 10 lat w firmie PR-owej będzie ją stać na choćby pół takiej łazienki… Cóż. Dziś nadrabia miną.
- Przepraszam, nie widzieli panowie może Jana W.? – pyta K.
- Nie, dziś nie – odpowiadają.
- Nie lubię, gdy ktoś się spóźnia – z uśmiechem, ale zdecydowanie tłumaczy K. Odwraca się i wyprostowana wchodzi do najbliższego apartamentu. Z impetem otwiera uchylone drzwi, rozgląda się. Podchodzi do okna. Rzuca okiem na piękny widok na miasto. Idzie w stronę kuchni, przesuwając ręką po chłodnym blacie ozdobnego regału… Panowie niepewnym krokiem za nią. Gdyby K. się odwróciła, zobaczyłaby ich nieco zdziwione miny.
- Jak panowie myślą, czy tu zmieści się 15 dziennikarzy? - po chwili pyta K.
- Ale…. dlaczego pani chce sprowadzić dziennikarzy do mojego mieszkania? – pyta pan w ciemnym garniturze.
K. zatkało. Pomyliła piętra. Zdarza się nawet najlepszemu PR-owcowi...
wtorek, 4 września 2012
Zwyczajne życie
Telefon. Rozmowa dwóch koleżanek. Obie niewiele po 30-tce. Wschód Polski.
- Halo?
- Cześć!
- No cześć! Dawno Cię nie słyszałam!
- Dlatego dzwonię. Co u Ciebie?
- Dziękuję, w porządku. Właśnie zbieram się do pracy, a w niej nic nowego. Telefony, wywiady, montaż, parę audycji, czasem jakieś wyjście do kina, na kawę. Już po urlopie. Wczoraj uskuteczniałam porządki, pranie, gotowałam bigos. No wiesz, życie… A co u Ciebie?
- U mnie też dobrze. Właśnie zostałam rektorem wyższej uczelni w Warszawie...
- Halo?
- Cześć!
- No cześć! Dawno Cię nie słyszałam!
- Dlatego dzwonię. Co u Ciebie?
- Dziękuję, w porządku. Właśnie zbieram się do pracy, a w niej nic nowego. Telefony, wywiady, montaż, parę audycji, czasem jakieś wyjście do kina, na kawę. Już po urlopie. Wczoraj uskuteczniałam porządki, pranie, gotowałam bigos. No wiesz, życie… A co u Ciebie?
- U mnie też dobrze. Właśnie zostałam rektorem wyższej uczelni w Warszawie...
Subskrybuj:
Posty (Atom)










