wtorek, 5 listopada 2019

Słodkie pasztele

W telewizji śniadaniowej trwa rozmowa o jakimś niezwykle ważnym problemie. Jeden z gości podsuwając rozwiązanie mówi: -To jest najlepsze panaKeum. Na chwilę mnie zatkało, a potem wybuchłam śmiechem. Może zapamiętał z lekcji łaciny, że czasem "c" czytamy jak "k". Choć pewnie prędzej z angielskim mu się skojarzyło. *** Wieczór urodzinowy. W restauracji z przyjaciółkami. Wybieram wino i dopytują kelnerkę, skąd ono jest, bo nazwa niewiele mi mówi: -Z Włoch. -Z Włoch? - dziwię się czytając informacje podane na etykiecie. -Spodziewałabym się raczej Nowej Zelandii albo... -A nie, przepraszam, z Nowej Zelandii. Po paru minutach pani przynosi białe wino z kubełkiem wypełnionym lodem, stawia koło stołu i ze skruszoną miną wyjaśnia: -Na początek chciałam panie bardzo przeprosić, pomyliłam wina. To wybrane sauvignon blanc pochodzi jednak z Chile. Tak więc proszę wybaczyć moje chapeau bas. Chapeau bas [szapo ba] czy faux pas [fo pa] - wybaczyłyśmy, wino było pyszne. To i dwie kolejne butelki też ;) ***
Cudna jesienna pogoda. Ciepło i kolorowo. Spaceruję z przyjaciółką po Krakowie. -O, Cafe Lisboa! - mówię. I rzucam się zająć ostatni wolny stolik ustawiony w szeregu na chodniku tuż przed kawiarnią. Pozostałe zajęte, ludzie uśmiechnięci, my też. Na stole informacja, żeby zamówienia składać w środku. Daleko nie mamy, bo drzwi tuż obok, więc wchodzę. Zamawiam kawę i pytam: -Czy są pasteis de nata? Mam na myśli oczywiście najbardziej znane portugalskie słodkości: z ciasta francuskiego, z nadzieniem na bazie żółtek i gęstej śmietany, o lekko waniliowym zapachu i smaku. -Czy jest co? - młoda kelnera nachyla się do mnie. Nachylam się i ja myśląc ze wstydem, że pewnie źle wymawiam portugalską nazwę: -Pastei de nata. No, te 'pasztele..." - mówię. -Nie ma. Ale i tak nie wiem, co to jest, bo ja dziś drugi dzień w pracy jestem - rozbrajająco mówi sympatyczna dziewczyna. Coś mnie tknęło. Spojrzałam w prawo, w lewo, na napis do łazienki i zrozumiałam, że... weszłam do naleśnikarni, a Cafe Lisboa jest obok. Brawo ja ;) PS Przepis na pasteis de nata znajdziecie w ciekawej i pięknie wydanej książce "Portugalia do zjedzenia" Bartka Kieżuna (zdjęcie powyżej - z jego FB). *** Z zasady: gdy nie wiem, jak się wymawia dane słowo, pytam innych albo w miarę możliwości je omijam. Choć na obcych nazwiskach w audycji filmowej parę razy się wyłożyłam. Ostatnio miałam niezłą przeprawę. Koncert, podczas którego musiałam wypowiedzieć sporo nazwisk, tytułów oper i operetek oraz arii - z włoskiego, francuskiego, angielskiego, niemieckiego i rosyjskiego. Dopytałam, zapisałam, nauczyłam się, poszło. Tylko nieopatrznie zapowiadając kolejnego artystę, prawidłowo wypowiadając jego obco brzmiące imię i nazwisko, dodałam "po nim wystąpi...". Cóż, Erni okazał się kobietą. *** Słowniki, translatory i... telefon do przyjaciela - to panaceum na językowe niejasności. ;) Choć czasem zwyczajnie myślisz o jednym, a z ust - nie wiedzieć czemu - wychodzi ci coś innego, jak wtedy, gdy podczas radiowej audycji o projekcie dla kobiet, w ramach którego zmieniały fryzurę, stylizacje, miały sesje fotograficzna, powiedziałam: -Zapowiadają się piękne metafory. Miało być: metamorfozy.



poniedziałek, 4 listopada 2019

Remont, czyli więcej, dłużej, drożej.

To miał być mały remont. Mały, czyli też szybki i niedrogi. Jak jest? Pewnie się domyślacie i uśmiechacie pod nosem. "Jest", bo mój remont się jeszcze nie skończył. Ma niewątpliwą zaletę: uczy cierpliwości i... odróżniania klejów, farb; wiem już, że cena drzwi do łazienki w internecie nie uwzględnia ościeżnicy (drugie tyle), a jak kupujesz drzwi wejściowe, to lepiej z montażem (masz dwa lata gwarancji, a nie rok).

Ale co do światła - wciąż się uczę. I stwierdzam, że za zakupami nie przepadam (no, chyba że mam kupić książki lub śledzie), a do oszczędzania kompletnie nie mam smykałki.     
;)
Jadę do sklepu z oświetleniem po oprawki, w sprawie których kilka dni wcześniej dzwoniłam. Białe, kwadratowe, proste.
-Poproszę dziewięć.
-Oj, własnie dziś rano kolega zarezerwował wszystkie 68, które mieliśmy na stanie. Mogę je sprowadzić, ale dopiero na koniec tygodnia...
Jadę więc do hurtowni nieopodal. Kupuję i oprawki, i żarówki.
-Ale trzeba dodać też umocowania na żarówki w oprawkach.
-To nie jest połączone?
-Nie.
-Aha, To poproszę.
Po chwili:
-I jeszcze listwę ledową, dwa metry.
-U nas jest sprzedawana w rolkach pięciometrowych...
-Jaka cena?
-50 zł.
Hmm, niby niedużo, ale po co mi pozostałe trzy metry? I czemu mam przepłacać? Niedrogo, ale grosik do grosika -kombinuję przypominając sobie, że mam być oszczędna, bo na koncie coraz mniej.
Jadę do poprzedniego sklepu.
-Poproszę dwa metry.
-67 zł. 😯
Aha.
Dobrze, że remonty jednak kiedyś się kończą. Bo się kończą, prawda?

Jadę do remontowanego mieszkania.
Okazuje się, że listwa ledowa ma mieć jednak nie dwa metry, a 2,20 metra, więc brakuje mi 20 centymetrów, a skoro w tamtym sklepie sprzedają tylko dwumetrowe...
I bądź tu człowieku mądry. I oszczędny.


wtorek, 22 października 2019

Analogowo?

Po raz kolejny jadąc autobusem MPK, mając problem z zakupem biletu (co z tego, że biletomat jest w środku, skoro nie można zapłacić kartą, a kwota ma być odliczona, bo ciężko wydać 80 gr z 2 zł) postanowiłam zainstalować aplikację w telefonie, żeby bez problemów kupić bilety w telefonie.
zdj. ztm.lublin.eu
Dumna z siebie, mocno dzierżąc samsunga w dłoni, już po otwarciu aplikacji na prostokącie z napisem 'Bilet 30-minutowy', wsiadam do autobusu linii 26. Z trudem znajduję wolne miejsce. Moszczę się razem z torbami i klikam w telefon. A tam informacja: 'podaj nr boczny pojazdu'. Ups. Tego się nie spodziewałam. Gdzie jest numer boczny autobusu?
Szukam. Czytam drobnym druczkiem zapisane plakaty i kartki naklejone na szyby autobusu. Jest coś o regulaminie przejazdu, awaryjnym wyjściu a nawet o... możliwości zainstalowania aplikacji, ale nie ma NIC, co przypominałoby numer boczny autobusu. Chyba nie będę musiała wysiąść na przystanku, żeby odczytać go z boku pojazdu??? Nieco wystraszona (na pewno zaraz będzie kontrola!) postanawiam wstać i lepiej się rozejrzeć. Torby rzucam na fotel, przeciskam się, szukam numeru... i nic. W końcu podchodzę do kierowcy, nachylam się do małego okrągłego otworu i w miarę cicho, żeby pasażerowie mnie nie słyszeli, ale wystarczająco głośno, żeby kierowca zrozumiał, pytam:
-Przepraszam bardzo, gdzie znajdę numer boczny pojazdu?
Kierowca spogląda na mnie, wzrok z powrotem przenosi na drogę i pokazując kciukiem za siebie na CAŁY AUTOBUS odpowiada:

-Tam.
Aha. Stamtąd przyszłam...
Na szczęście jakiś nastolatek siedzący obok powiedział życzliwie:
-O tu, proszę pani - i wskazał na wielkie cyfry umieszczone między ścianą a sufitem, pod skosem. No w życiu bym tego nie zauważyła. 

-Dziękuję.
Wcale nie poczułam się staro i 'analogowo'. :)

A w mym smartfonie coraz więcej aplikacji: do rozpoznawania muzyki, do zakupów, bankowa, do nauki angielskiego. Możecie coś ciekawego jeszcze podpowiedzieć? 

piątek, 19 kwietnia 2019

Przed Wielkanocą musi być Wielki Piątek


Koloseum fot. pixabay.com
Oglądam Drogę Krzyżową z Koloseum, z udziałem Papieża Franciszka.

Słyszę mocne słowa rozważań: o biedzie, o nierównościach, handlu dziećmi i kobietami, o migrantach, o 26 Nigeryjkach, które po przejściu pustyni i pobycie w obozie, zatonęły u wrót „ziemi obiecanej”, o imigrantkach, które w jednym z włoskich ośrodków, bez dokumentów, skazane są na niepewność i łaskę innych, o dziewczynce, zmuszanej do prostytucji, o ludziach – różnych – niezauważanych przez innych, czasem potępianych, upokarzanych, pozbawianych godności.

Rozważania napisała siostra Eugenia Bonetti, kierująca stowarzyszeniem „Slaves no more” (Nigdy więcej niewolnicami), niosącym pomoc ofiarom handlu (za PAP).

Tym bardziej te słowa brzmią mocno, bo pochodzą od osoby, która wiele widziała i słyszała.

Czy dotrą do nas, w Polsce? Do naszych serc? Do serc polityków? Dziennikarzy? Do duchowieństwa? Do urzędników? Do hejtujących w internecie? Do ważnych nazwisk, bez mrugnięcia okiem dzielących nas na lepszych i gorszych?

Słucham apelu o solidarność, o więcej działań humanitarnych, o nieodwracanie wzroku od problemów, które tylko pozornie wydają nam się odlegle. Słucham o tym, jak ważne jest rozumienie ludzi myślących inaczej, gościnność dla tych i dla tego, co odmienne. Mam ochotę pójść i to wykrzyczeć przeciwnikom marszu równości, niektórym politykom i oficjelom, urzędnikom, latami odmawiającym azylu w Polsce uciekinierom z Czeczeni czy Iranu, tym biskupom, którzy nie potrafią powiedzieć po prostu "przepraszam, wybaczcie" ofiarom pedofilii księży, tym, którzy działają np. w neokatechumenatach, w pierwszych ławkach w kościele siedzą, a w pracy znęcają się nad podwładnymi, nie szanują ich i z lekkością mówią "nie podoba się, to nie musisz tu pracować".

Słyszę, że „sprawiedliwość nie może opierać się na nienawiści i zemście”.

Pośród słów modlitwy i wezwań do Boga padają też takie: „Panie, pomóż nam dawać pocieszenie”.

Jakie to oczywiste! A jednocześnie jakie mocne i odważne!

To wszystko jakoś mnie boli, bo pokazuje jak daleko jestem od bycia dobrym człowiekiem. Wygodnie się żyje zajmując codziennymi obowiązkami. Racjonalnie możemy sobie wytłumaczyć, że sami świata nie zbawimy, że lepiej dać 5 zł do puszki żebrakowi, niż zaangażować się w wolontariat, że od pomagania są PAH, Caritas i MOPR, a my mamy inne sprawy na głowie. I dzisiejsza Droga Krzyżowa przypomina nam, że inni niosą krzyż cięższy od naszego, a my powinniśmy nie tylko pomagać, ale i rozumieć innych, szanować, współodczuwać, nie poniżać, nie odbierać godności. Nie jest to łatwe, ale mam nadzieję, że to możliwa droga i dla chrześcijan, i dla niewierzących. W końcu jesteśmy wolnymi ludźmi, mamy wolny wybór. To nie znaczy – jak rozumiem – że nie możemy żyć radośnie, pić latte (yyy, dripa z Etiopii :) z przyjaciółką czy kupować drogie ciuchy albo kłócić się o politykę czy ostro walczyć o podwyżkę w pracy. Ale warto pamiętać, że nie jesteśmy pępkiem świata i jednak nasze słowo, nasz gest ma znaczenie. Muszę to zapamiętać.


Wyszło mi jakieś religijne niby-kazanie, wybaczcie ;) Ale kiedy, jak nie w Wielki Piątek?

Jeśli doczytaliście te słowa do końca, to się cieszę, bo znaczy to, że nie tylko kolorowe fotki i żartobliwe historyjki mają szansę na Waszą uwagę. A jeśli należycie do ludzi wrażliwych i empatycznych, którzy chcą jakoś realizować dzisiejsze apele, to pamiętajcie też o mnie i o akcjach pomocy dzieciakom z rodzin uchodźców z trzech ośrodków na Lubelszczyźnie. Zbiórka na paczki mikołajkowe dzięki wielu spośród Was dwukrotnie już była sukcesem. A we wrześniu będziemy mogli jeszcze pomóc wysyłając dzieciaki na jednodniową wycieczkę do Warszawy, o czym ośmielę się Wam przypomnieć pod koniec lata ;)

Uff, powoli schodzi ze mnie napięcie. Łzy otarłam. Wracam zaraz do sprzątania. 

Ale najpierw chcę Wam wszystkim złożyć najlepsze życzenia na Święta i czas po nich: radości, wrażliwości na drugiego człowieka, bliskości rodziny i przyjaciół, wielu okazji do spotkań przy kawie lub winie, a moim znajomym katolikom także błogosławieństwa od Zmartwychwstałego.


AKr




czwartek, 2 marca 2017

Telefony, telefony...



Radio. Prowadzę audycję. W programie mówimy o ilustracjach Bohdana Butenki, o muzycznych podróżach przez Stany Zjednoczone, o Dalidzie i premierze filmu. Nagle telefon:
-Dzień dobry. Czy mogłabym złożyć świadectwo?
-Jakie?
-Że Pan Bóg jest moim Panem i uratował mi życie?

Ten telefon sprzed kilku dni sprawił, że zaczęłam z kolegą z pracy wspominać te najgłośniejsze. Bo słuchacze dzwonią w różnych sprawach: chcą wygrać nagrody w konkursie, podziękować za zaproszenie na koncert, zapytać eksperta o poradę, powiedzieć o utrudnieniach na drodze, czasem kogoś pozdrowić, poprosić o piosenkę, a nawet… przestrzegać przed rychłym końcem świata.

Zwykle to miłe telefony, czasem zabawne:
-Dziękuję za wypowiedź – kończę rozmowę. –Jak ma pani na imię?
-Maria.
-Skąd pani dzwoni?
-Jak to skąd… Z kuchni!

Coraz częściej są jednak telefony z prośbą o pomoc: o interwencję w sprawie trudnej, bo „media są czwartą władzą”, a „my już nie wiemy co robić”. I staramy się pomóc. 

Czasem jednak trzeba wyjść poza rolę dziennikarza.
Bo co byście zrobili, gdybyście w piękną sobotę, w trakcie rozmowy z podróżnikiem, dostali telefon od mężczyzny, który mówi, że już wszystkiego ma dosyć i zaraz popełni samobójstwo? Próbowałam mieć spokojny głos, rozmawiać, wypytałam o dokładny adres. Na antenie zagraliśmy kolejną piosenkę, a w tym czasie zadzwoniłam na policję z adresem słuchacza. Policja zainterweniowała. Chłopak trafił do szpitala psychiatrycznego.

Ale najtrudniejszą rozmowę odbyłam kilkanaście lat temu, jeszcze jako studentka – współpracowniczka radia, która parzyła kawę kolegom i odbierała telefony właśnie. W sobotnie popołudnie odezwał się drżącym głosem pan, który w naszych serwisach informacyjnych usłyszał o nocnym drogowym  wypadku pięciorga młodych ludzi. A jego syn nie wrócił z piątkowej imprezy, nie wiadomo, gdzie jest. Auto, którym pojechał, to niebieski volkswagen, o którym mówił serwisant. Dzwonię do kolegi z newsroomu, potwierdza rodzaj auta i przypomina o dramatycznych skutkach tego wypadku. Region Lubelszczyzny też by się zgadzał. Przechodzą mnie dreszcze. Słuchacz czeka na drugiej linii na moją odpowiedź. Dzwonię więc jeszcze do dyżurującego oficera prasowego. Potwierdza wypadek, markę auta, numer rejestracyjny, który podał słuchacz. Ja już wiem, ale nie mogę tego powiedzieć panu, który wciąż czeka na linii. Staram się spokojnie podać mu numer telefonu do policjanta i mówię, że tam uzyska więcej informacji. I tyle. Po tych kilku minutach ręce mi drżą.
Bywa tak, że radio niesie informacje, które dla jednych są kolejnym nudnym newsem typu korki i wypadek czy beznadziejna wypowiedź polityka, a dla innych są informacją odmieniającą ich życie. Niekoniecznie na lepsze.       

Na koniec… Cóż, nie zostawię Was z taką smutną puentą.
Pamiętam telefon sprzed kilku lat. To była wiosna. Moje biurko stało jeszcze w zupełnie innym pokoju. Miły męski głos mówi, że jest moim fanem, że lubi moje audycje, że podziwia za wiedzę i za uśmiech, że wydaję mu się bardzo sympatyczna i… czy zechciałabym się z nim umówić na kawę?
Odpowiadam, że mi miło, ale jednak nie umawiam się ze słuchaczami, że to nie wypada… On delikatnie nalega i prawi kolejne komplementy. To działa. Uśmiecham się i już mam powiedzieć „dobrze”, gdy on dodaje „ale na tę kawę to zapraszam dopiero w sierpniu”.  
-Za kilka miesięcy? Dlaczego? - dziwię się.
-Wtedy będę mieć przepustkę – odpowiada. – Bo ja słucham pani w Zakładzie Karnym w Chełmie.

Tylko teraz nie pytajcie, czy jednak się umówiłam na tę kawę. ;) 




wtorek, 13 grudnia 2016

Wiosna?



Budzi cię słońce. Już jedenasta? Niemożliwe… Ale tak, to ten pierwszy w miesiącu twój wolny od pracy dzień. Co z tego, że wypada we wtorek?
Cudne słońce – uśmiechasz się, przeciągając się w łóżku po raz ostatni. 

To będzie dobry dzień: przedświąteczne porządkowanie szafek, pakowanie prezentu, który zaraz pojedzie do Florencji, gotowanie obiadu (który starczy też na kolację), pranie, czyli zamiana brudnego na czyste, które wraz z zapachem Lenoru będzie o tej prawidłowości przypominać do wieczora. Potem fitness i masochistyczne zmęczenie („jeszcze tylko 16!”, „niżej!”, „wyżej”, „szybciej”), które potwierdzi tradycyjnie czerwona twarz, pulsująca na skroni żyła i mokre koszulka, majtki, a nawet skarpetki. I jeszcze kolacja z Anią, która niedawno wróciła (tylko na chwilę, więc nie będziecie mieć satysfakcji prorządowi czytelnicy! :) z Anglii.

Najpierw jednak kawa. Otulasz się ciepłym długim szlafrokiem. Przemywasz twarz zimną wodą. Wklepujesz kremy i myślisz, patrząc w lustro, że jednak czasem warto pomalować paznokcie na czerwono. Na krwisty czerwony. Energiczny czerwony. Seksowny czerwony. Pasuje do białego porcelanowego kubka, z którego po chwili paruje aromatyczna Lavazza z odrobiną mleka.

Wciąż uśmiechając się do siebie podchodzisz do okna w kuchni. Łyk kawy i prawą ręką kubek przytulasz do piersi. Lewą sięgasz do łańcuszka, który wczoraj sprawiłaś sobie w ramach (przed)świątecznych prezentów. Ciepło rozchodzi się po tobie w środku i na zewnątrz. 

I to słońce! Zdradliwe, bo na termometrze minus dwa stopnie. W końcu połowa grudnia. Ale słońce zawsze dodaje ci energii. Zazdrościsz go mieszkańcom Los Angeles, Tajlandii, Australii, Nicei… Jest słońce, od razu świat jest przyjemniejszy. 

 Z głośników leci najnowsza płyta Krzyśka Zalewskiego (a pamiętasz, jak jeszcze był początkującym, uroczym, imprezującym 20-latkiem…:) z obłędną balladą „Miłość miłość”, w której palce maczał twój ulubiony Smolik, z „Podróżnikiem” i z energicznym „Na drugi brzeg”. Ten to potrafi!  

Piękny dzień. Nie każdy 13 grudnia był taki. Pamięć jest ważna, ale ty chcesz się cieszyć, żyć tu i teraz. Jest dobrze. -Korzystaj z życia – poradnikowo/hasłowo podpowiada ci serce! W końcu to słońce nie świeci tu nadaremno. 

Pyszna kawa. Wizja przyjemnego dnia. A na szafce nocnej czeka na ciebie „Biegnąca z wilkami”. I fiołek wciąż kwitnie! Soczysty fiolet pasuje do bladoróżowej doniczki. Ten też korzysta z życia i czerpie ze słońca. 

Za chwilę najpiękniejsze święta. Potem Sylwester w genialnym towarzystwie. Premiera nominowanego do Złotych Globów „La la land” z Ryanem Goslingiem. Wiosną ożyje Harry Hole w nowej powieści genialnego Jo Nesbo. 

-I pomyśleć, że jeszcze kilkanaście dni temu tak cierpiałam – mruczysz pod nosem. Życie potrafi być piękne. Marzysz. Patrzysz na rozmawiającą przez komórkę kobietę, która mimo zimna siedzi na ławce pod oknem. Ciekawe, czy rozmawia z mamą, czule wypytując ją o zdrowie? Czy z mężem, którego zapewnia o miłości? Czy z dzieckiem, któremu obiecuje frytki na obiad i prezenty pod choinką? Młodzież ze Staszica w oddali dymkiem papierosowym daje znak o przewie. Mężczyzna z wąsem i z reklamówką spaceruje między krzewami. A nie! On idzie przy ścianie śmietnika, żeby… Kurde! Już nie ma gdzie sikać??? Grzecznie spuszczasz wzrok. I… widzisz obesrany przez gołębie parapet. Przecież niedawno go szorowałaś! Odwracasz się gwałtownie, z rozżaleniem, oblewając się resztką kawy.

Cóż. W życiu musi być równowaga.
Słońca życzę! Mimo wszystko.                   

wtorek, 2 lutego 2016

Subiektywny ranking 2015 roku wg Agnieszki K.



Zamek w Bracciano z widokiem na jezioro

Cieszę się, że to już luty 2016 roku. Muszę stwierdzić, że rok 2015 był najgorszym okresem z ostatnich pięciu lat mojego życia. Owszem, było kilka ciekawych wydarzeń, sytuacji, niespodzianek i dobrych decyzji, ale jednak… Natomiast 2016 zaczęłam genialnie – z szampanem w jacuzzi ;) – i czuję, że będzie to bardzo dobry czas, czego i Wam życzę. ;)

Najlepsza książka: „Uprawa  roślin południowych metodą Miczurina” Weroniki Murek – nieograniczona fantazja w tworzeniu świata literackiego i piękny język, łączący prostotę z barwnymi metaforami. Ta debiutancka książka dwudziestokilkulatki ze Śląska to nowa jakość polskiej literatury.
Najlepszy film: „50 twarzy Greya”. Żartuję, luz… ;) ;) Tak naprawdę, to nie mogę wybrać jednego. Bardzo dobre „Birdman” czy „Body/Ciało”, „Dzikie historie” i „Whiplash”, ale jakoś w głowie dłużej siedział mi np. „Foxcatcher” (mimo dłużyzn – przejmujący film o potrzebie zrozumienia, wsparcia i nie-docenieniu).
Wydarzenie filmowe: premiera „Carte Blanche” i w sumie kilka wywiadów z moim ulubionym aktorem (po Clooneyu), czyli Andrzejem Chyrą. Lublin w filmie wypadł bardzo atrakcyjnie, a sama „lubelska produkcja” zdobyła sporo nagród, w tym na międzynarodowych festiwalach. Brawo!
Najlepszy serial: „Homeland” (ponownie) – ostatnia seria idealnie wstrzeliła się w głośny problem przyjmowania uchodźców i walkę z ISIS. Żałuję, że Rupert Friend (czyli filmowy Peter Quinn) najprawdopodobniej nie pojawi się w kolejnej serii. Wciąż dobre „House of cards” i „Żona idealna”.  
Najlepszy serial komediowy: nic nowego. Wybieram więc ponadczasowych „Przyjaciół”. PS Włączcie sobie na youtube „Przyjaciele + seven” ;)
Najlepszy spektakl: „Mistrz i Małgorzata” w Teatrze Osterwy z tanecznym udziałem Agnieszki Krawiec w roli towarzyszki Tomasz Bielawca. Przypadek? Nie sądzę! ;)
I jeszcze „Mamma Mia” w Teatrze Roma (zwłaszcza obecność w kulisach, podczas gdy pięć centymetrów od mojej twarzy pewien muskularny tancerz postanowił zrobić szpagat w powietrzu… ech…)
Największy pochłaniacz czasu (oprócz Facebooke’a): aplikacja, którą rzutem na taśmę (bo w Święta 2015) podsunęła mi Marcela. I przepadłam. QUIZWANIE. Frajda z wyciągania z zakamarków pamięci dat, nazw, tytułów, z logicznego łączenia faktów lub eliminowania złych odpowiedzi. Ale i wściekłość, gdy w swoich ulubionych kategoriach tracę punkty, bo pytania – delikatnie mówiąc – szczegółowe… PS Wciąż jestem w Quizwaniu: agakrawiec, wezwij mnie na pojedynek! ;)
Najlepsza muzyka: 1) Kocham Smolika, dlatego jego najnowszą płytę, na której śpiewa Kev Fox, kupiłam bez wahania. I nie zawiodłam się. 2) W zupełnie innym klimacie jest płyta, która wygrywa mój ranking na najlepszego (biernego) towarzysza w zasypianiu, czyli „Polka” Quintetu Wojtka Mazolewskiego.
Najlepsze koncerty: Wojtka Mazolewskiego na zamku w Kazimierzu Dolnym (a na niebie zawisł obłędny księżyc) oraz Metronomy i Muse na Orange Warsaw Festival (piękny dzień, doborowe towarzystwo i świetna muza).
Forum Romanum
Wyjazdy: Florencja w maju, czyli zachód słońca nad miastem, festiwal wina w Greve, leżakowanie (moje, nie wina) w winnicy w regionie Chianti, kawa, spritz i truskawki w Wenecji; Rzym i jego nocne zwiedzanie (także podziemne) oraz spacer w moim ukochanym Forum Romanum, Bracciano pod Rzymem i wizyta w dwunastowiecznym zamku (aż dziwię się, że nie kręcą tam „Gry o tron”); Bruksela (małże w winie, plakaty Rene Magritte’a, zwiedzanie Parlamentu Europejskiego, co oznacza wspomnienia, i nagroda dla FOL). W ogóle uważam, że zwiedzanie świata, historia zaobserwowana na żywo dzięki zabytkom i muzeom, starym murom i kilkusetletnim wieżom, poznawanie obcokrajowców i tubylców oraz jedzenie regionalnych przysmaków i czytanie „miejscowego” Vogue’a to jeden z najpiękniejszych sposobów na zrozumienie świata.   
Weekendy: w pałacyku w Cieleśnicy – przepyszne jedzenie (w tym pomidory i cukinia z przypałacowego ogródka), leżakowanie w pobliżu oranżerii, wino na tarasie w świetle zachodzącego słońca, świetne towarzystwo i… obłędnie pachnący ziołowy balsam do ciała (przyznaję, jeden ukradkiem zabrałam ze sobą do domu). I jeszcze weekend pierwszolistopadowy w Lipie, wraz z rodzinnymi śpiewami, maminym jedzeniem i spacerem polnymi ścieżkami. Bieszczady razy dwa: niezwykły czas (w górach, w knajpie i przed kominkiem).
Smakołyki: owoce morza z makaronem w wydaniu Rafała, makaron w sosie borowikowym w wersji Ewy, mięcho w sosie piwnym i Kriek w Brukseli (wydanie restauracyjne), stek usmażony przez Jacka, domowy rosół. Z fast foodów qurrito z KFC daje radę. I kanapka BLT w „Spinaczu”. Aaa, i jeszcze przepyszna zupa dyniowa w „Palecie smaków”.
Wywiady: sporo ich było, zwłaszcza w działce społecznej i kulturalnej, w tym krótka, ale miła rozmowa z Jerzym Stuhrem (który dobrze wspominał Teatr Stary w Lublinie) czy z idolem dziewcząt Maciejem Zakościelnym (kurde, mogłam się w tamtą sobotę ładniej ubrać…). I najtrudniejsze rozmowy: z Robertem Więckiewiczem (straszył mnie, że pozwoli tylko na trzy pytania) i z Jerzym Skolimowskim (który zwrócił mi uwagę, że… pomyliłam imię innego reżysera – niezła wpadka, nie? Przeżywałam to przejęzyczenie jeszcze przez tydzień. Nie było sensu tłumaczyć się upałem czy zmęczeniem ;) Dla równowagi jeszcze inny reżyser (sporo tych spotkań było, zwłaszcza na Festiwalu Dwa Brzegi) pochwalił mnie za dobrą pamięć, pewien dyrektor powiedział „O to mnie jeszcze nikt nie zapytał!”, a kilku rozmówców nawet chciało się ze mną umówić (nie tylko na wywiad ;)
Nagrody: może nie przystoi tak się tym chwalić, ale naprawdę szalenie mi miło, że wiosną dostałam wyróżnienie od prezydenta Lublina za działalność na rzecz osób z niepełnosprawnością, a zimą statuetkę „Kobieta Lubelszczyzny” w kategorii działalność społeczna od Stowarzyszenia Kongres Kobiet Lubelszczyzny – Klub XXI Wieku. To bardzo dowartościowujące, że ktoś zauważa moją pracę, także tę pozaprogramową, dodatkową, z wyboru. Choć nagrody przypominają mi, że się starzeję…  Ech. ;)
Najlepszy komplement: -O, ta dupeczka ma niezły płaszcz - usłyszałam przechodząc koło siedzących na ławce pod UMCS-em dziewcząt.
Zguby: bransoletki. Jedną, srebrną, zgubiłam podczas skakania na koncercie w Warszawie, inną, skórzaną, gdzieś w Rzymie. W zeszłym roku straciłam fioletową… Jeśli więc gdzieś znajdziecie ładną bransoletkę, dajcie znak, może to moja? ;)
Zwrócenie uwagi: W pracy, w naszym pokoju pijemy kawę. Rozmawiamy i co chwila parskamy śmiechem. Nagle telefon od kolegi z góry (znaczy: redakcja aktualności).
-Pani Krawiec, pani się tak nie śmieje, bo na cmentarzu obok jest jakiś pogrzeb; dzwonili i proszą o chwilę ciszy...
Zawodowe poświęcenie: 9 kwietnia wykonałam skok przez płot. ;) Jak to było? Żeby dostać się na konferencję w hali Targów Lublin, musiałam...przejść przez dwumetrowy płot z zamkniętą furtką. W tym celu zaczepiłam przechodzącego pana i grzecznie poprosiłam go, żeby mnie asekurował podczas wdrapywania się na ów metalowy płot. Pan ze zdziwieniem przyjął propozycję. Tylko wstyd mi było, że pierwsza próba okazała się nieudana - ciążyła mi torba i musiałam zawrócić w połowie drogi. Jednakże ów wstyd (i miesiące fitnessu) sprawił, że za drugim razem udało płot udało mi się dziarsko pokonać. Współczuję tylko przejeżdżających aleją Piłsudskiego oryginalnego widoku. I błogosławię trampki oraz życzliwego lublinianina.
Pozaantenowe rozmowy radiowe:
 Audycja. Odbieram telefon:
-Dzień dobry, pani redaktor.
-Dzień dobry, panie Tadeuszu.
-Jezu, rozpoznała mnie pani po głosie...
Zwycięstwa: w RMF Classic wygrałam płytę Ennio Morricone, a na Facebooku zdobyłam dwa bilety na koncert Smolika. ;) Chyba zacznę grać w Totka. PS Ostatnio kolega z pracy, który słynie z niewyparzonego języka, parę razy bezceremonialnie opieprzał mnie za (moim zdaniem) błahostki, a znajomi twierdzą, że lepiej schodzić mu z drogi, tym razem… przyznał mi rację w pewnej sprawie (w zbiorowym mailu do współpracowników). To dopiero zwycięstwo! ;)
Odkrycie: Przemek Kossakowski. Ma swoje programy na jakimś dziwnym kanale telewizyjnym. Jest najbardziej naturalnym i „autorskim” autorem, jakiego przyszło mi oglądać na szklanym ekranie. Podziwiam i oglądam z przyjemnością. To znaczy, że telewizja rozrywkowa (rozrywkowo-edukacyjna) nie musi być nudna i sztampowa.
Zamiana: W 15 minut wieniec cmentarny przemieniłam w świąteczny, barwny wieniec bożonarodzeniowy w stylu amerykańskim.
Wnioski: 1) żal jest dobry, czasem nawet warto popłakać i poprzeklinać, ale nic na siłę!
2) dobrze powspominać i pośpiewać piosenki pielgrzymkowe (w aucie i przy pomocy telefonu);
3) czasem trzeba się zmusić, założyć szpilki i wyjść z domu;
4) asertywność – wciąż się uczę, ale jest lepiej;
5) jak powtarzał pewien znajomy: "nie wszyscy muszą cię lubić"; jak to zrozumiałam, to jest mi naprawdę lżej;
6) nie odkładać na później.

Dobrego 2016 roku! Tzn. tych niecałych 11 miesięcy z 2016 ;)   
AKr


Bieszczady