niedziela, 12 października 2014

W kinie czy na filmie?


Jak zepsuć przyjemność oglądania filmu w kinie?

Przepisów może być kilka. Podaję przykład.

Umów się do kina z dwoma kolegami. Na ten sam seans. Najlepiej idź tuż po pracy, najlepiej w piątek, żeby odreagować tydzień roboty i stresu. Najlepiej na jakąś dobrą premierę, np. „Zaginiona dziewczyna” Davida Finchera, to będzie szansa na udane rozpoczęcie weekendu. A może koledzy skoczą najpierw na bilard? Żeby weekend poczuć już kilka minut po 16.00? Tak, to dobry pomysł, ale ty jeszcze popracuj, przed 17.30 w piątek wyjść z firmy to lekka przesada. 

Umawiacie się w kinie. Seans powinien się zacząć, ich jeszcze nie ma. Ale od czego długie reklamy. Telefon. W końcu jesteś życzliwa, sama proponujesz, że kupisz im bilety, żeby nie stali w kolejce. Dobre miejsca wybrane. Stoisz i czekasz. Biegną. Zdążyli. Seans rozpoczyna się za kilka minut.
-A może jeszcze kupimy sobie popcorn, co? – rzuca jeden z nich.
OK, niech kupują jedzenie, w końcu film trwa ponad dwie godziny. A ty masz i tak resztkę kanapki, migdały i banana w torbie. Dajesz im bilety, mówisz, że wasze miejsca są w rzędzie jedenastym i idziesz do sali, bo lubisz oglądać zwiastuny.
Sadowisz się w fotelu. OK. Zwiastuny. Pierwszy. „Chłopaki jeszcze w kolejce? Hmm” – myślisz. Drugi zwiastun. „Chyba nie jedzą tego popcornu w hallu?”. Zaczyna się film. Sięgam po wyciszoną komórkę.  Połączenie nieodebrane.  Wybieram numer.
-No gdzie jesteś? – pyta.
-Jak to gdzie? Oglądam film. Gdzie jesteście?
-W rzędzie jedenastym. Jeszcze są reklamy.
-Nie, już się zaczyna film.
-Ej, no nie żartuj.
W tym czasie odwracam głowę i przepraszając upewniam się u sąsiadów co do tytułu filmu, którego projekcja właśnie startuje.
-To ja jestem we właściwej sali. Numer trzy. Rząd jedenasty.
-Ups, a my jesteśmy w dwójce…

Po chwili spokój amerykańskiego miasta przerywa dwóch przystojniaków dziarsko wpinających się po schodach sali numer trzy. Na szczęście Ben Affleck wciąż ma kamienną twarz. W przeciwieństwie do mnie. Ale dobrze, że jest ciemno. Koledzy sadowią się obok, aktorskim szeptem żartując z pomyłki. W powietrzu roznosi się zapach przyniesionego przez nich popcornu. I wypitego alkoholu. No tak – myślę – godzinka bilardu, czyli jeden opijał przegraną, a drugi zwycięstwo. Zrozumiałe. 

Po kilku minutach mam upragniony spokój i mogę „wejść” w historię przedstawioną przez Finchera. Zabił ją czy nie? To pytanie nie dręczy mnie długo i bynajmniej nie przez odpowiedź zaserwowaną na ekranie. Na mojej nodze ląduje czyjaś gorąca dłoń.
–Błagam, to nie jest komedia romantyczna – szepczę do ucha sąsiadowi, grzecznie odkładając jego rękę na jego nogę.
Po chwili to samo. I za kilka minut znowu. I znowu.
-Jeszcze raz położysz mi rękę na udzie, a spotka Cię to, co bohatera filmu! – syczę mu do ucha.  
Wytrzymał kilkanaście minut.
Tym razem próbuję być delikatna:
-Proszę, nie mogę się skupić, chcę spokojnie obejrzeć film. Wczuć się. Pozwolić sobie na emocje dotyczące tylko tego, co na ekranie, a nie tego, co w kinie. Proszę cię.
Okazuje się, że język polski nie jest naszym wspólnym językiem. Że mówienie i rozumienie po polsku niekoniecznie idą w parze.
-Bo zaraz się przesiądę – ostrzegam.

Zmiana akcji na ekranie. I zmiana akcji w kinie. Drugi z kolegów stwierdza, że musi iść do toalety.
Gdy bohater grany przez Afflecka niefortunnie wypada w mediach, gdy okazuje się, że „Zaginiona dziewczyna” to także film o roli mediów i ich sile w kreowaniu rzeczywistości oraz manipulowaniu widzem, zdaję sobie sprawę, że kolega z toalety jeszcze nie wrócił. Szepczę więc do Numeru Jeden, że Numer Dwa powinien wrócić dawno temu… Ten sięga po telefon. SMS: „Nie wziąłem biletu, nie chcą mnie wpuścić. Idę do sklepu.” –No pięknie. Napisz, że wyjdziesz po niego z biletem – szepczę. Numer Jeden SMS-uje i wychodzi z sali. Po kilku minutach wracają. Ustępuję miejsca w przejściu. 

Znowu próbuję skupić się na oglądaniu seansu. „To kto w końcu jest tu zły?” – myślę w kontekście zmieniającej się akcji. „Ciekawie pokazane relacje w związku. Zderzenie marzeń z rzeczywistością. I kobiety jako skomplikowane istoty.” Nie nadążam analizować tego, co zobaczyłam, bo na ekranie sprawy znowu się gmatwają. „O kurczę, to niezła scena!” Moje niedowierzanie przerywa szturchnięcie, skutecznie zamykając mi otwarte ze zdumienia usta. Mam ochotę kląć. Ale przecież nie zrobię tego dwudziestu innym osobom w kinie.
Po chwili kolega Numer Jeden idzie w ślady Numeru Dwa – też musi opróżnić pęcherz. W odróżnieniu od poprzedniego szybko wraca.

Film dobiega końca. Finał daje do myślenia. Choć pewnie gdybym była scenarzystą, wybrałabym inną opcję, tzn. on by… Nie, nie będę tu spoilerować.
Napisy końcowe. Wychodzimy.
-Beznadziejny film – śmieje się Numer Dwa.
-To miał być dobry film? Ch... był! – mówi Numer Jeden.
-Wiedziałem, że tak się kończy.
-Nic tam się nie działo.

Znowu z niedowierzaniem słucham kolegów. I tłumię złość. No bo jakże? Akcja zmieniała się kilkakrotnie. Kilka razy trzeba było weryfikować swoje myślenie dotyczące tego, kto tu dobry, a kto zły. I ciekawi bohaterowie, różnorodni. I sporo - jak na dramat - dowcipu.
-Nie dziwię się, że dla was to był kiepski film. Skoro spóźniliście się na seans, nie weszliście właściwie w klimat, ciapaliście popcorn (którym nawet mnie nie poczęstowaliście!), byliście pod wpływem alkoholu („-Jedno piwo i ze trzy kieliszki, nie przesadzaj…”), wychodziliście na siku, przeszkadzaliście mi… – warczę na nich.     
-Przepraszamy, że zepsuliśmy ci seans. Ale to był naprawdę ch… film.
-Dlaczego? – dopytuję.
-Bo był ch… - słyszę.
-Argumenty! – domagam się.
-Po prostu nudny.
-Domyślałeś się, że [tu pomijam szczezgóły, żeby nie było spoileru]? - pytam.
-Nie, ale…
-A że ona… [tu kolejny przykład]?
-Nie, ale…
-A ten kawałek [znowu] nie zaskoczył cię?
-Nie. A poza tym co to za beznadziejne zakończenie?
 W tym momencie nerwy były bliskie eksplozji. I nagle do moich uszu dotarło:
-To co, zapraszamy cię na kawę.
Zatkało mnie. Grzecznie odmówiłam. Zrozumiałam, że potrzebuję wódki, a nie kawy.
*****
To oczywiście przykład historii, która może ci się zdarzyć, gdy wybierzesz się do kina.
Zakończę, jak Patryk Vega po „Służbach specjalnych”: wszelkie podobieństwo do postaci czy wydarzeń może być tylko przypadkowe.
   
      



   

piątek, 1 sierpnia 2014

Gdzie jest zasięg?

2012 rok
Agata, polonistka,  zapytała dziś na FB, czy ktoś oprócz niej lubi swoją pracę. Odpowiadam: tak, uwielbiam swoją pracę. Za wiele rzeczy, ale przede wszystkich za możliwość poznawania fantastycznych ludzi z pasją. I za kolegów po fachu. I za kawy w pracy, za obiady, za dyskusje, za żarty...

Zamiast elaboratu, tym razem (wybaczcie, idę na łatwiznę) przypominam radiowe historyjki. Większość z ostatnich miesięcy. Jedna - zasłyszana.

***
Telefon od słuchaczki, poza anteną.
- Dziękuję za telefon, pani Barbaro. A skąd pani do nas dzwoni?
- Jak to skąd?? - mówi zdumiona słuchaczka. - Z kuchni!

*** 
Niedzielna audycja filmowa na żywo. Mówię o dwudziestoleciu "Króla Lwa".
-Przed nami nagrodzona Oscarem piosenka... Johna Lennona.
I słychać "Can you feel the love tonight..."Eltona Johna.

***
W pracy wszyscy zabiegani, ale przerwa na kawę - rzecz święta.

Szykuję dwa kubki. Jeden dla mnie, drugi dla kolegi.
-J., skocz po mleko do lodówki, proszę.
-Nie mogę.... Czytam artykuł. O sobie.

***
Dzwonię do wydawcy, informując o zrobieniu "dźwięku". 
W: -Teraz robię się zły, bo materiałów wychodzi mi za dużo.
A: -Na pocieszenie powiem, że dźwięk jest naprawdę ładny.
W: -A co mnie to obchodzi. Rozliczany jestem z liczby, nie z urody. Dzięki Bogu... - dodaje przeczesując dłonią włosy.

***
Studio. Audycja na żywo. Mówię, piszę, montuję, sprawdzam, notuję...
Nagle realizator z powagą w głosie przemawia przez interkom: -Twoja kawa stygnie jak po dobrym seksie, więc daj jej szansę...

***
Koleżanka pyta:
-Masz przy sobie perfumy?
-No pewnie.
-Pożyczysz odrobinę?
-Oczywiście - odpowiadam, z dumą wyciągając moje ulubione 'anielsko-diabelskie' Givenchy.
-Dziękuję.
I patrzę, jak perfumami jest skrapiana chusteczka, którą potem Koleżanka... dezynfekuje sprzęt do nagrań.

-Sygnał jest tylko tu, na czajniku -
powiedział Grześ. Radio w plenerze.
***
Audycja dla dzieci. Na żywo.
W studiu dzieciaki w wieku 9-11 lat, uczestnicy warsztatów międzykulturowych, których celem było poznanie kilku krajów i zauważenie różnic między Europą Zachodnią a krajami Trzeciego Świata.
Po rozmowie o Hiszpanii, Kongo i Tanzanii czas na Niemcy.
- Co się je w Niemczech? - pytam.
- Kiełbaski - odpowiadają dzieci.
- I pije się piwo - dopowiada chłopak.
- Oj, ale o tym nie mówimy, bo to napój tylko dla osób dorosłych - próbuję ratować sytuację. - Co warto powiedzieć o Niemcach? - dopytuję.
- Jeżdżą volkswagenami - mówi dziewczynka.
- Co jeszcze? - szybko dopytuję, żeby nikt nie zwrócił uwagi na tę kryptoreklamę.
- Ja powiem, ja - szepcze inna dziewczynka podnosząc rękę do góry.
- Proszę bardzo - wskazuję na nią z ulgą, że może coś mądrego wreszcie padnie.
- Ja umiem parę słów po niemiecku - dodaje dziewczynka.
- Tak? a jakie? - dopytuję.
- Hande hoch! - rzuca uśmiechnięte dziewczę.



***
Niedziela. W pracy.
-Jeeeść! - jęczy M.
-Nie wytrzymasz do 14.00? - pytam zerkając na zegarek i planując obiad.
-Wytrzymam - odpowiada M. - Ale najpierw muszę coś zjeść.

***
Rozmowa na antenie na żywo. Koleżanka z redakcji serdecznością próbuje odstresować spiętą rozmówczynię i ułatwić jej mówienie.
Gdy tamta próbuje coś wyjaśnić: -....podaję przykład z głowy.
Redaktorka potakując uprzejmie dopowiada: - Z głowy, czyli z niczego.

*****

Parę lat temu koleżanka poszła do jednego z najlepszych lubelskich liceów. Pytała maturzystów o wybór studiów, o to, kim chcą być w przyszłości.
- Nie wiem.... - krzywi się jeden z licealistów. - Mam słabe stopnie, dwóje i tróje, nie wiem, co będę robił.
- Żadnych pomysłów? - do mikrofonu podpytuje Kasia.
- Ewentualnie jeden: zostanę dziennikarzem. Bo w tym zawodzie nie trzeba nic umieć. W końcu się tylko zadaje pytania...

*****

sobota, 15 marca 2014

Kilka godzin z życia

8:50
Trzy kobiety w aucie.
-Tu w lewo – mówi K. do Ma.
-Wiem, wiem. Przecież sama ci wcześniej tłumaczyłam, którędy najlepiej jechać – roześmiała się Ma.
-No skręcaj!
-Ale tamten ma pierwszeństwo.
-Nie no, jedzie tak powoli, jakby chciał, a nie mógł…
-No tak, baba! – skomentowały niemal jednocześnie K. i Ma.

9:10
-O, i ja tu zostaję, a wy idźcie na jakieś zakupy.
 Sklepy pozamykane. Jedyny otwarty – spożywczy. Spacerujemy, choć wieje coraz bardziej.
Obok – cukiernia „Aga”. Parę metrów  dalej – sklep odzieżowy „Aga”.
-Widać, kto rządzi na dzielnicy, prawda? –prawi z dumą Agnieszka.


9:17
-To może taką zieloną? – sprzedawczyni podsuwa kolejną bluzkę.
-To nie mój fason – marudzi Ma. –A w tej jak wyglądam? – pokazuje się nam w granatowej bluzce z białą, wijącą się u szyi obwódką. 
-Ładnie! – odpowiadamy.
-Ale tu mi wszystko wystaje, materiał obciska fałdki, podkreśla tłuszczyk… - skubiąc się w okolicach pasa żali się Ma.
-Wie pani – mówi sprzedawczyni – w naszym wieku to już tak jest… A może taka koszula w kratę? Teraz są bardzo modne. Może dla córki? –prezentuje mi wieszak.
-Oj, chyba nie… - próbuję delikatnie się wymigać.
-No tak, mamy tu rzeczy dla pań, a nie dla młodych dziewczyn – kwituje Najmilsza Sprzedawczyni pod Słońcem.
Z wdzięczności za komplement kupuję dwie pary majtek. W kwiatki i motylki. W dodatku – płaci Ma.
-Wybieraj. Kupiłam dwie bluzki, stać mnie jeszcze na majtki – mówi Ma. dumnie dzierżąc w dłoniach portfel. –Zakupy zrobione, człowiekowi od razu lepiej. To będzie dobra sobota.

9:37
-I co powiedział dentysta?
-Zdjął szwy i stwierdził, że opuchlizna i porażenie  mogą długo nie schodzić. A ja nie czuję połowy buzi i języka. 
-Ale powiedziałaś, że tak nie możesz pracować?
-No oczywiście! Mówię mu, że tak nie może być, że to moje narzędzie pracy! A on na to ze zdumieniem: język?

9:39
-Dał ci zwolnienie? - pytam.
-Nie - odpowiada K. - Nie ma umowy z NFZ-em. 
-Żonaty? - zmienia rodzaj pytań Ma.
-Nie wiem.
-A miał obrączkę?
-Chyba nie...
-To może choć się z tobą ożeni w ramach rekompensaty...

10:30
-A on w jakim jest wieku? – dopytuje Ma.
-Nie wiem, tak jakoś po trzydziestce – odpowiada K.
-Czyli podstarzały… - zerkając w moją stronę z uśmiechem komentuje Ma.

11:12
-To idź, zapłać – mówi Ma. podając mi swój portfel i dopijając kawę z mlekiem.
-Nie, nie, ja zapłacę – odpowiadam.
-Nie, dziś ja – sprzecza się K.
-Nie wygłupiajcie się – ucina Ma, wciskając mi swój portfel.
Idę do kasy. Proszę rachunek. Otwieram portfel, a tam zdjęcie Ta., K., J., Kr., M…
-A mojego zdjęcia nie ma? Nie zmieściło się? Za gruba jestem?
Ma. i K. się roześmiały. Ekspedientka zlustrowała mnie od góry do dołu. Z poważna miną.

11:45
-Ej, ja już z nim nie mogę wytrzymać. Nie dam rady dłużej – M. skarży się na J.
-Ciesz się, że to twój brat, a nie mąż. Miałabyś przerąbane – skonstatowałam.

środa, 12 marca 2014

Taksówkarka

- Poproszę na Kiepury 10, pierwsza klatka schodowa.
- Będzie do pięciu minut.

Wychodzimy przed blok. W powietrzu czuć wiosenny, przyjemny chłód. Gdybym tylko nie miała na sobie szpilek… W prawej ręce dzierżę torebkę, lewą przytrzymuję uporczywie spadający z mej głowy kaptur. K. za to w obu dłoniach trzyma pizzę. Z salami, pieczarkami i kukurydzą. Rozmiar mega. A właściwie jej połowę. Po głębszych oddechach, wymianie opinii dotyczących ledwie widocznych gwiazd i disco polo dobiegającego z zaparkowanego obok opla, podjeżdża taksówka.
- Przepraszam – mówi drobna, sympatyczna pani kierowca – przejechałam blok. Na poprzednim była ósemka, na kolejnym dwunastka, a tu dziesiątki nie ma.
- Nie szkodzi, czekaliśmy tylko chwilę. Na Skłodowskiej poprosimy.
- Już jedziemy. Miły wieczór Państwo mieli?
- Tak, sympatyczny, dziękujemy. Wolna niedziela, a pani w pracy…
- Często pracuję w niedziele, ale nie narzekam, lubię zwłaszcza nocne kursy. Inaczej się wtedy jeździ po mieście.
- Spójrzcie, jaki zabawny kierowca! – zakrzyknął nagle K. wskazując na stojący równolegle do nas na czerwonym świetle autobus MPK.
Wszyscy przechyliliśmy się w prawo, unosząc nieco i głowy, i wzrok.
Rzeczywiście, opierający się o kierownicę - jakby ze zmęczenia – mężczyzna miał dłuższe, siwiejące włosy. Fryzura a la mop do mycia podłóg albo…
- Wygląda jak hipis. Hipis kierowcą autobusu – parsknęła z rozbawieniem pani taksówkarka. –I ma coś z Gandalfa.
- W naszej pracy to nic dziwnego, ale wśród kierowców taki gość to chyba nietypowe – dodał ubawiony K.
- W Państwa pracy? A cóż to za miejsce? – pani kierowca spytała delikatnie.
- Yyyy… -Mhmmm… - oboje zaczęliśmy się jąkać, bo przecież nie wypada mówić, zwłaszcza obcym w taksówce, gdzie się pracuje. Jeszcze ktoś pomyśli, że się chwalimy?
- Przepraszam, nie chciałam być wścibska – zreflektowała się nasza przewodniczka.
Po delikatnym i miłym głosie już po pierwszych minutach jazdy mogliśmy ją określić kilkoma słowami, ale wśród nich nie znajdował się przymiotnik  ‘wścibska’. Była sympatyczna, uprzejma, z poczuciem humoru i wydawała się wrażliwa. Chyba… nie jak przeciętny (proszę wybaczyć) taksówkarz.
- Nie, nie, skąd – zaczęliśmy się mitygować.
- Tak po prostu, lubię rozmawiać z pasażerami, poznawać nowych ludzi…
- Pracujemy w radiu.
- Naprawdę? – zareagowała z pozytywnym zdumieniem. – Czy mogę dopytać w którym?
- W Radiu XY.
- Naprawdę?? – wykrzyknęła po raz drugi. –To moja ulubiona stacja.
- Naprawdę??? – tym razem my wydukaliśmy zdziwieni.
- No tak, najczęściej słucham Radia XY właśnie gdy jeżdżę taksówką. Państwo sobie nawet nie zdają sprawy, jak ważne dla zawodowych kierowców jest radio. Nocą bez niego nie wyobrażam sobie jazdy. Słucham rozmów, czasem sięgam po telefon, ale jakoś tam mi niezręcznie… A muzyka! W nocy u Państwa często lecą takie romantyczne melodie… Tak się wtedy uśmiecham i myślę, że taką muzykę wybiera ktoś zakochany. A potem idzie coś ostrego i wówczas ho ho – myślę - ktoś się tu mocno zdenerwował.
- Wie Pani, po godzinie pierwszej muzyka idzie z komputera, ale…
- Tak myślałam, ale jednak.  Radio tak bardzo wpływa na wyobraźnię… Chyba dojechaliśmy, prawda? – przerwała nagle, bo rzeczywiście dotarliśmy do celu.
- Dziękujemy bardzo. Ile płacimy?
- Już drukuję rachunek. Trzynaście złotych poproszę.
Po chwili odwróciła się, z dwudziestu złotych wydając dychę.
- Ale ja nie mam drobnych, żeby zwrócić te trzy złote… - Ja też nie – odpowiedzieliśmy szukając po kieszeniach. - Proszę zaokrąglić do piętnastu złotych.
- Nie, nie, proszę nie szukać, to drobiazg, a tylko tak symbolicznie mogę podziękować za miłą jazdę - odpowiedziała pani taksówkarka.
- Ależ nie, nie wypada… - zaczęłam przeszukiwać moją wielką torbę.
- Naprawdę, to była radość jechać z Państwem z mojego ulubionego radia. – w prawdziwą radością i wdzięcznością odrzekła pani.
- To może choć poczęstuje się pani pizzą? – zaproponował nagle K.
- A wie pan, że chętnie?
I tym miłym akcentem, w serwetki pakując dwa duże kawałki pizzy dla naszej rozmówczyni, pożegnaliśmy się wysiadając z auta. Do końca wieczora byliśmy pod wrażeniem. Bo taki kurs dla nas był bardzo miłym zaskoczeniem. Dobrze, że na świecie są jeszcze tacy otwarci, życzliwi i komunikatywni ludzie. Dobrze, że weekend może zakończyć się tak miłą niespodzianką.
 



   

 

 

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Subiektywny ranking 2013 roku

Spóźniony, ale jednak. Wytłumaczę więc, że czekałam na prawdziwą zimę, aby spokojnie zasiąść w fotelu z laptopem na kolanach.  I pomyśleć. I stworzyć Subiektywny Ranking 2013 roku. Postaram się, aby był dość pozytywny. ;)

Zacznę od „najlepszej książki”, ale przypomniały mi się usłyszane kilka miesięcy temu rozważania cudownego Pana Z. dotyczące lektury: „Po co mam czytać? Jak będę chciał, to se coś napiszę, nie?"

Najlepsza książka: „Małe lisy” Justyny Bargielskiej – gorzka opowieść o kobietach, normalności i nienormalności, potrzebach i codzienności. Lubię szaleństwo w słowach, stylistyce, tempie. Czytając  trudno się pozbyć marszczenia czoła czy krzywego bladego uśmiechu („ Masturbuję się, żeby wiedzieć, że nadal mogę na sobie polegać”). I „Strażnik trumny” – błyskotliwie napisana historia rodziny, w której prywatne sprawy mieszają się z codziennością życia w Chińskiej Republice Ludowej. Różne spojrzenia na reżim, na tradycję, na dorastanie, na bycie wzorem – wszystko barwne, dowcipne, ironiczne, momentami bolesne. Ciekawe, czy książka w Chinach jest też dostępna (napisał ją urodzony w Chinach, ale mieszkający w Chicago w USA Wenguang Huang).

Najlepszy kryminał: to osobna kategoria, bowiem powieść kryminalna cieszy się aktualnie ogromnym powodzeniem. Cóż, nie czytałam jeszcze lepszych kryminałów od stworzonych przez Norwega Jo Nesbo. Ostatnia jego powieść „Policja” – jak zwykle świetna. Mankell czy Krajewski mogą Nesbo buty czyścić…

Najlepszy film: zdecydowanie „Django” w reżyserii Quentina Tarantino (Oscar za scenariusz i dla Christophera Waltza za rolę drugoplanową). „Django” ma to coś, co się dobrze ogląda: ciekawa fabuła, momentami nieprzewidywalne sytuacje, ważny problem i historia w tle, wątek miłosny, bohaterscy bohaterowie, dbałość o detale i dużo sytuacji wywołujących salwy śmiechu. Uwielbiam, gdy dramat pozwala na śmiech. W końcu w życiu to też się łączy. Bonus: genialny Leonardo DiCaprio, ze swoimi tłustymi paluszkami, w roli drugoplanowej (frankofil, do którego nie można mówić po francusku, bo tego języka nie zna…) Ciekawostka: „Django” był pierwszym filmem Tarantino dopuszczonym do chińskich kin; podobno chodziło o to, że obrazuje złą, łamiącą prawa człowieka Amerykę. Można więc tylko spekulować, dlaczego już pierwszego dnia emisji film jednak wycofano z chińskich kin.
Najlepszy serial: o współżyciu arystokracji i służby w pierwszej połowie XX wieku pod Londynem, czyli  „Downtown Abbey”. Ambicje, kariera, walka, plotki, miłość i nienawiść. Do tego smaczki typu zasady usługiwania przy stole, towarzyski savoir-vivre i kulturowe przemiany (wydekoltowane i krótkie sukienki? lodówka? mikser? kobieta dziennikarz?) I jeszcze jeden serial: „Homeland” – współczesne problemy oczyma Ameryki i jej obrońców z CIA, romanse i bójki na śmierć i życie, kombinacje, układy, przyjaźnie, choroba.

Najlepszy serial komediowy: „Dwóch i pół”, od kiedy gra tam Ashton Kutcher. Nieustająco „HIMYM”. Ponadczasowy: „Przyjaciele”

Najlepszy spektakl teatralny: „Tymoteusz i Psiuńcio” w Teatrze im. H.Ch. Andersena. To z ilu jajek będzie jajecznica? Uwielbiam dialog z publicznością, zwłaszcza, jeśli dominują w niej maluchy.

Medialny sukces: żaden wywiad z pisarzem, żadna udana audycja, żadna ciekawa radiowa relacja. Przypadkowo znalazłam się na… pudelku.pl. Stanowię tło dla gwiazdy. Mam zblazowaną minę i jestem czerwona na twarzy. Ale mam fotę na pudelku!

Zawodowe radości: wywiad z mężczyzną o niezwykłym aktorskim talencie i absolutnie cudownie brzmiącym głosie, czyli z Mariuszem Bonaszewskim (z którym łączy mnie sympatia do Jo Nesbo i jego książek). Rozmowa z Tomaszem Stańko, wybitnym trębaczem (rozmowa krótka, do której przygotowywałam się długo i która stresowała mnie niesamowicie: ja, dziewczynka z Lipy, średnio znająca się na muzyce, mam rozmawiać z artystą światowej klasy? To było kilka ciekawych  minut ;) Wyjazdy wozem transmisyjnym i prowadzenie audycji ‘z terenu’ – odkrywanie nowych miejsc, poznawanie sympatycznych ludzi, spotkanie z życzliwością innych, co upewnia mnie w myśleniu, iż na Lubelszczyźnie mieszkają serdeczni ludzie (piszę tak nie tylko dlatego, że częstowano mnie przysmakami i że od pewnej starszej, ale dziarskiej pani otrzymałam butelkę agrestówki). Do zawodowych radości dodaję krupnik i gulasz w wydaniu Pana Andrzeja, kawę po sąsiedzku, w telewizyjnej siedzibie genialnej stylistki, miłe i niewymuszane maile od Słuchaczy, kawowo-dowcipne spotkania w 3b, podczas których niektórzy dzwonią aby nas uciszać, bo śmiech – okazuje się – daleko się niesie…

Zawodowe uprzejmości:  -Agnieszko, dziękuję za pożyczenie sprzętu. Sprzęt - jak właścicielka - naprawdę fajny. ;)

Sukces pozazawodowy: od września regularnie chodzę na fitness i odkryłam, że… uwielbiam to! Już przyzwyczaiłam się do wysportowanych i młodziutkich dziewcząt obok, które na zajęciach chichoczą, a w szatni rozmawiają o zaliczeniach (na studiach) i malują się po fitnessie dłużej niż trwają same ćwiczenia. Już nie zerkam z zazdrością na laski, które staniki mają pod kolor sznurówek w butach, a obcisłe koszulki pasują idealnie do szortów czy legginsów. Po prostu ćwiczę. Jak nie mam siły – odpuszczam bez wstydu. I masochistycznie uwielbiam ćwiczenia w rytm muzyki, kiedy pot spływa mi z czoła do oczu, a po skończonych TBC mam mokre nawet majtki. Ale widzę tego efekty, także w samopoczuciu. I już kupiłam sobie porządne adidasy, bo wcześniej ćwiczyłam w trampkach po siostrze. ;) 

Koncerty: show Paula McCartneya (dziękuję za bilet!) i wspólne śpiewanie Hey Jude oraz bardziej kameralny, ale z najwyższej półki, popis Richarda Bony. Niezapomniane przeżycia. Muzyka docierająca do wnętrza. Rozgrzewająca. Obezwładniająca.

Wyprawy: Mediolan i jezioro Como wiosną – obłędne widoki, słońce, przerażające zakręty, smakowite nie tylko śniadania oraz… niezapomniany pokój hostelowy bez klucza. Ryga jesienią: smakowite grzanki z ciemnego chleba z sosem, tłuściutkie wędzone ryby, cydr, urocze stare miasto, przesympatyczni Łotysze, z którymi dogadasz się i po angielsku, i po rosyjsku, a w niektórych miejscach nawet po polsku. 

„Najlepsze” komplementy, jakie usłyszałam: -W tej kurtce wyglądasz jak parówka. Nie, nie jesteś gruba! Jak parówka łukowska, a one są odtłuszczone.
- Nie rozumiem, dlaczego to właśnie Mazury reprezentowały Polskę w staraniach o tytuł ósmego cudu świata. To powinnaś być ty!
Prawdziwy komplement: Lato. Idę chodnikiem, zbliżam się do jezdni, gdy nagle z ciężarówki stojącej przed przejściem wychyla się głowa jakiegoś pana krzyczącego:
-Ma pani bardzo ładne kolory na tej sukience!
I od razu zrobiło mi się przyjemniej... A mówią, że mężczyźni kolorów nie rozróżniają.
A przy okazji powiem Wam, że obiecałam sobie często mówić miłe słowa innym, nawet nieznajomym. Przecież komplementy czy po prostu dobre słowa z głębi serca wypowiedziane, nawet przez obcą osobę, cieszą, prawda? 

Najlepsze prezenty, które dostałam: wypasiona patelnia z Duki, na której smażyć można wszystko i wychodzi lepiej, niż na poprzedniej (choć tej starej nie mam serca wyrzucić… jakąś jajeczniczkę na boczusiu na niej usmażę raz na jakiś czas, żeby nie miała poczucia, że skoro ma swoje lata, to nadaje się tylko na śmietnik; też jej się coś od życia należy!). I torba na fitness: ciemna i pojemna (mieści się w niej także boczek, kiełbasa, schab, krokiety, bigos i ciasto, co udowodniłam wioząc z domu rodzinnego tony jedzenia). I autorski kalendarz (stworzony przez nieocenioną K.) z Clooneyem na zdjęciach.

Nie do wiary: płacę podatki, płacę zusy srusy, ciężko pracuję, a emeryturę podobno będę mieć tycią tyciusieńką, tzn. taką, że gdybym nie spłaciła kredytu mieszkaniowego zawczasu, to z samej emerytury mi nie starczy na podstawowe opłaty. Jak żyć? Chyba znajdę sobie męża polityka – taki zawsze będzie potrafił się ustawić.

Wściekłość i bezradność: śmierć Mariusza Kargula, publicysty, animatora kulturalnego i poety z Krasnegostawu. Odszedł nagle. Ośmielam się to napisać w tym rankingu, między głupotkami, wybaczcie, ale Mariusz zasługuje, by o nim pamiętać. Człowiek niezwykle twórczy, mądry mądrością życiową, serdeczny, zawsze życzliwy, uśmiechnięty, pełen energii, pomysłów. Jak często ktoś Wam wysyła maila bez okazji, po prostu z pozdrowieniami? Ze słowami, że pamięta? Z napisanym przez siebie wierszem?

Najciekawsza konferencja:  „Kobieta jest... Aktywność Kobiet Lubelszczyzny na tle Polski i Europy" zorganizowana przez Fundację Bezmiar z Puław. Ciekawe i ważne tematy, mądrzy i różnorodni prelegenci, dobre podpowiedzi i uwagi. Szkoda, że przerwy na kawę podczas takich spotkań są krótkie. Kobiety lubią rozmowy kuluarowe, nowe znajomości…

Dobra decyzja: remont w pokoju, czyli wygłuszenie i wyprostowanie (tak tak) ścian i sufitu, położenie ośmiomilimetrowych paneli na podłogę, a wszystko po to, żebym mniej słyszała uprawiających seks lub kłócących się sąsiadów.
Zła decyzja: remont pokoju, a nie całego mieszkania, bo niewygłuszone ściany w przedpokoju mają dużo radości z jęków i krzyków sąsiadki i dzielą się tą radością z całym moim mieszkaniem. PS Kto i jak  budował blok, w którym mieszkam???

Fejsbukowe story, czyli historia, która na moim profilu na FB zebrała duuuużo lajków:
31.10.2013r. Praca. Przed komputerem.
-Zjadłbym coś słodkiego do tej kawy - mówi J.
- Proszę, cukierek - podaję mu.
- Eeee - zaczyna marudzić J. - Może coś lepszego...
- Nawet nie patrz w stronę mego biurka!
- Ale ty tam zawsze masz coś fajnego.
- Tak, ale na czarną godzinę!
- Aga, no weź... Na pewno już masz przeterminowane....
- Żartujesz sobie? - powiedziałam wyciągając nieotwieraną jeszcze paczkę czekoladek Merci.
Patrzę na spód opakowania, a tam: "Najlepiej spożyć przed 01.11. 2013".
Uff. Zdążyliśmy. ;)

Najlepsze pytanie: Niestety, nie ja jestem jego autorką, tylko sześcioletni Ignacy. W radiowym studiu zadał pracownikowi Teatru Andersena następujące, bardzo konkretne pytanie: -Czy pan się w swojej pracy nudzi i poci?

***
Cóż, jeżeli dobrnęliście do końca tego rankingu i stwierdzacie np. „jej rok nie był taki najgorszy” albo „myślałem, że napisze coś ciekawszego, zaskakującego”, to dodam jeszcze jeden punkt.

 Nietypowe rozpoczęcie nowego roku: zaledwie dwie godziny po wybiciu północy i wejściu w 2014 rok postanowiłam przestać słuchać głupawych komplementów  i zdecydowanie pozbyć się pewnych męskich dłoni z mojej talii, wyruszyłam w stronę światła, a ponieważ najkrótsza droga prowadziła przez ‘parkiet’, więc... Uciekająca Panna Agnieszka nierozważnie zbliżyła się do tańczących i nadziała na pewien energiczny łokieć. Ból. Opuchlizna i okłady z lodu. A od ósmej rano miałam audycję… Gratisową górkę na mej gębie widziałam jeszcze kątem oka przez najbliższych kilka dni. A barwy… Dobrze, że twarz ma nieduża, bo można by ją pomylić z tęczą z Placu Zbawiciela sprzed pożaru. Pierwszy raz w życiu miałam takie tony fluidów, korektorów i pudru na sobie, a i tak wszystkiego nie dały rady zakryć. Kolorystyka pod lewym okiem się zmieniała, ale też – choć patrzyłam na moją twarz z żalem i cierpieniem – momentami zerkałam na siebie z podziwem: takie bordowe, krwiste odcienie z bliska dotychczas widziałam na wołowinie. No, ale teraz już nawet fioletu i zieleni nie ma, tylko przy dotyku lekko boli, ale podobno przejdzie.

Cóż, rok 2014 zaczęłam ciekawie. Oby ciąg dalszy był lepszy, czego i Wam, i sobie życzę. ;)

niedziela, 6 października 2013

Samotność, walka z sobą i pośladki Andrzeja Chyry

To film o samotności – tak media mówią o filmie „W imię…” w reżyserii Małgośki Szumowskiej. I tym razem nie kłamią.

Ksiądz Adam pracuje gdzieś na końcu świata. To wieś, jakiej dawno nie widziałam: ze sklepem w rozwalających się murach (daleko mu do żabek, groszków i stokrotek), z samą trudną młodzieżą, która albo pije piwo, albo znęca się nad innymi, albo przeklina i rechocze nie wiadomo z czego, ze stereotypową rodziną, w której się nie rozmawia (matka, trzech synów, a gdzie ojciec?), z ludźmi żyjącymi w prawdziwym ubóstwie. Ksiądz Adam został tam przeniesiony. Za karę. I pracuje z tzw. trudną młodzieżą, skupioną w ‘ognisku’. Znajduje z nimi wspólny język. Albo razem na budowie przerzucają kamienie, albo siedzą pod sklepem, albo jedzą posiłki.

Ksiądz Adam jest strasznie samotny. Nie ma przyjaciół. Opiekun z ogniska jest porządny, ale poważnie poważny, nie uśmiecha się wcale. Ewa, jego żona, na wsi czuje się jak na zesłaniu, porozumienia szuka na plebanii, a chcąc pomóc (sobie czy księdzu Adamowi?), oferuje raz ciasto, raz seks.

Ksiądz Adam w całym swym zagubieniu i samotności walczy z sobą i naturalną potrzebą bliskości drugiego człowieka. Walczy, bo jest księdzem, czyli nie może mieć zbyt bliskich relacji z innymi, znaczy z kobietami. Ale ksiądz Adam jest homoseksualistą, więc problem jest większy… Bo pewnie gdyby miał kobietę na boku, to wiele osób by to zrozumiało. Ale ksiądz – gej? I w dodatku pracujący z nastolatkami?

Film pięknie pokazuje potrzebę bliskości. Scena, w której Adam zaprzyjaźniony z wiejskim chłopakiem, w samochodzie kładzie mu głowę na ramieniu, zaznacza skalę jego cierpienia i jakiegoś życiowego zmęczenia.
Alkohol pity z gwinta i głośna muzyka nie dają rady Adamowemu poczuciu samotności i wyobcowania. Mieszkająca za granicą siostra, z którą próbuje rozmawiać, nie rozumie go. Wtedy padają proste i mocne słowa: „-Do kogo się przytulasz, gdy masz taką potrzebę? –Do dzieci. – A ja nie mam do kogo.”  I jeszcze w innym kontekście: „-Jestem pedałem, nie pedofilem!”
Zdaje się, że Adama rozumie tylko Dynia, dramatycznie ubrany i zarośnięty młodzieniec ze wsi, odtrącany przez innych, bo niby nie umie grać w piłkę, milczy i zajmuje się upośledzonym bratem. Ale seks między nimi? Nie, Adam nie jest głupi, walczy z sobą, bo jest księdzem i zwyczajnie: tak nie wolno. Poza tym przecież w życiu nie zawsze chodzi o seks...

Genialny Andrzej Chyra. Połowa sukcesu filmu „W imię…” należy do niego. Ciekawa rola Łukasza Simlata: nawet raz się nie uśmiechnie, jest nadzwyczaj poważny i poważnie podchodzi do wszystkiego, w końcu ponad rok spędził w seminarium i czuje, że ma misję, że co złe, to trzeba naprawić. Urocza Maja Ostaszewska w bielusieńkim staniku, nieszczęśliwa w związku z Simlatem. Świetnie zagrał Tomasz Schuchardt – właściwie grać to on nie musiał, bo samym swoim wyglądem tlenionego blondyna z długimi ciemnymi rzęsami okalającymi duże oczy, które wwiercają się w ciebie, z ironicznym uśmieszkiem, wodzi na pokuszenie i jest szatanem, którego należy się bać.

Nie rozumiem tylko, skąd to posądzenie filmu o obrazoburstwo, o pokazanie Kościoła w złym świetle. Jedynym duchownym, który wzbudzał moje ambiwalentne odczucia w tym obrazie, był biskup (Olgierd Łukaszewicz): gdy mówił, ze Kościół nie zamiata spraw pod dywan, to mu zwyczajnie nie wierzyłam. Po raz drugi zdecydował o przeniesieniu księdza Adama w inne miejsce, a przecież takie wygnania nigdy (mam takie przekonanie) nie będą rozwiązaniem. Kara? Tak. Ale może trzeba by pomóc, a nie tylko karać? Zwłaszcza że o winie w kontekście księdza Adama trudno mówić. I jeszcze - na koniec sceny z biskupem - jego dwuznaczne "Ufam p(P?)anu".

Że ksiądz homoseksualista? No skoro w społeczeństwie są i hetero, i homo, a duchowieństwo jest częścią społeczeństwa, to naturalnie tam też muszą być homoseksualiści: jak wśród nauczycieli, rolników czy dziennikarzy.

Film trzyma w napięciu. Pozostaje w głowie i sama wracałam do niego myślami jeszcze przez kolejne dni od obejrzenia. Do tego naprawdę piękne zdjęcia Michała Englerta.
Polecam „W imię…” Jeśli nie wierzycie mi, to może innym?  Srebrne Lwy w Gdyni, nagroda za najlepszą reżyserię dla Szumowskiej, nagroda dla Andrzeja Chyry – najlepszego aktora, a wcześniej Teddy Awards na festiwalu w Berlinie. Zasłużone.

PS Pozdrawiam serdecznie znajomych i zaprzyjaźnionych księży! ;)
PS 2 "33 sceny z życia" Szumowskiej też polecam.

niedziela, 22 września 2013

You talkin' to me?

- Pani Agnieszka? Dzień dobry. To gdzie jedziemy?

I pojechaliśmy. Parę prostych, kilka skrzyżowań, pięć razy światła, 7 minut i 12,50 zł. I miła rozmowa.

- Miałem szczęście, bo akurat skończyłem kurs na Krochmalnej, zdążyłem się zameldować i już mnie wywołali. Nie, nie czekałem na panią. Jeszcze chwilę zajął mi podjazd tutaj. Szybko dostałem zlecenie, pani przyszła szybko, oby tak zawsze, cha cha cha. Że kurs też będzie szybki? Ale kawałeczek mamy do przejechania… Krótki kurs to ja wczoraj miałem. Z Ruskiej na Targową. Już na początku wiedziałem, że coś będzie nie tak, bo dziwnie się zachowywała. Jakaś młoda klientka, z zakupami, ale naprawdę dziwna.
Wsiada, nic nie mówi, szuka czegoś w torebce i nagle wypala: czego nie jedziesz? Ja na to, że czekam na informację, dokąd mamy jechać. Ona mówi, że przed siebie. Ja, że muszę wiedzieć, gdzie skręcić już na początku. Ona do mnie: na Zamość. I dalej czegoś szuka w torebce, sprawdza w telefonie. Nie mogła się gdzieś dodzwonić i kazała mi się zatrzymać. Stoimy, a licznik bije. Ona nagle: co się gapisz?!
Mówię pani, dziwnie jej z oczu patrzyło. Nerwowa taka była. I podała mi wreszcie nazwę jakiejś miejscowości. Wie pani, niby znam te miejscowości blisko Lublina, ale tej nie kojarzyłem w ogóle. Pytam, gdzie to dokładnie jest, a ona na to: „jak to nie wiesz gdzie?” Mówię więc, że sprawdzę na mapie, a ona że jak tak, to ona nie będzie ze mną jechała. I wysiadła. Drzwiami jeszcze trzasnęła. Ja spokojny człowiek jestem, wyluzowany taki. Ale otworzyłem drzwi i krzyknąłem, że torby zostawiła. Bo wie pani, na przednie siedzenie rzuciła jakieś reklamówki z zakupami. Wróciła, ale mówi, że mogę sobie wziąć te torby za kurs. A po co mi one? Jeszcze powie potem, że ukradłem? Nie chcę, mówię, ale choć z piątka za kurs by się przydała. Daleko nie ujechaliśmy, na liczniku wybiło 11 zł – bo tyle czasu zmitrężyliśmy stojąc i czekając nie wiem na co. Ale choć piątka, mówię. Ona na to, że chyba sobie żartuję. Wzięła torby i poszła. Nie, nie upominałem się, nie warto z takimi zaczynać. Lepiej z mądrym stracić, niż z głupim zyskać, jak to mówią. A! Potem się okazało, że ta miejscowość jest jednak za Zamościem.

Pokiwałam głową ze zrozumieniem. – A myślałam, że panowie taksówkarze najtrudniej mają ze studentami?

- E, gdzie tam. Z nimi da się dogadać. Nawet jak wypiją, to jest dobrze, bo żartują, chcą rozmawiać. Gorzej z parami, co to się pokłócą i wciąż kłócą w taksówce. Alba jak żona jest zła na męża i na mnie się wyżywa. Pytam, którędy jedziemy, i podaję dwie alternatywne drogi, a ona obrażona: to nie wie pan, jak jechać? Wie pani, wolę zapytać, bo innym razem ma pretensje, że wybrałem inną trasę i krzyczy: czemu pan tędy jedzie? I widzi pani? Dopytam? Źle. Nie dopytam? Też źle. Kobietom to trudno dogodzić. Nawet w taksówce, cha cha cha.
Ale czasy się zmieniają. Teraz dużo wozimy dzieci, głownie gimnazjalistów do szkoły i ze szkoły. Coś dziś nie tak z tymi młodymi ludźmi. Wie pani, skoro rodzice zamawiają takiemu nastolatkowi auto do szkoły i z powrotem, a on jeszcze nie może zapamiętać adresu…
  
Znowu pokiwałam głową. – Podobno ciekawie panowie mają z zakupami na telefon? Do niedawna nie wiedziałam, że to możliwe.

- O, tego to ja nie lubię, bo najczęściej ludzie dzwonią z imprezy i chcą, żeby im dowieźć wódkę i jakieś jedzenie. Mamy specjalny cennik na takie zakupy. Ale zamówienia to nigdy nic pewnego. Jak w środku nocy dzwoni jakaś matka i trzeba kupić leki dla dziecka, to nie ma sprawy, ale bywa różnie. Raz zadzwonił pan z prośbą o zakupy w spożywczym. Sklep był blisko, to stwierdziłem, że już kupię. Podjeżdżam pod blok, a klient prosi, abym wjechał na dziewiąte piętro, bo niby chory. Otwierają się drzwi, staje facet w szlafroku, za nim kobieta też w szlafroku… Można się domyślać, co robili... Mówię pani, jak dzwonią z imprez i zamawiają alkohol i jedzenie, to zawsze jest ryzyko. Raz miałem kupić wódkę i pieczone kurczaki. Potem nikt nie odbierał telefonu i trzeba było te kurczaki zjeść. Bo jak tylko wódkę zamówią, to nawet gdyby zrezygnowali z zamówienia, to wódka zawsze może się przydać, cha cha cha.

I tak w miłej atmosferze minęło 7 minut.
- Pewnie przy kiosku, tak?
Lublin jest mały…
- Pieczątki pani zbiera? Dziękuję bardzo. Miłego wieczoru!

Może zmienię pracę? I wreszcie napiszę książkę. Albo będę częściej jeździć taksówkami.