piątek, 3 lutego 2012

Sherlock Holmes a Dr House

Liczyłam na dwie godziny zapomnienia i oderwania od rzeczywistości oraz drzemkę. Tymczasem film mnie wciągnął, nie tylko dzięki przystojnemu i inteligentnemu zawadiace, granemu przez Roberta Downey jr.

Co w kinie aktualnie jest dobrego na 'wyjście z dołka'? Raczej nie „W ciemności” (z całym szacunkiem dla tego filmu). Wybrałam więc drugą część „Sherlocka Holmesa”.   
Akcja dzieje się pod koniec XIX wieku. Jednak bójki, pościgi, strzelaniny i walki swą intensywnością, hukiem i zaangażowaniem niewiele różnią się od tych z XXI wieku. Holmes jest sprytnym i błyskotliwym łobuzem. Przypomina mi… Dr. House’a. A jego relacja z Dr. Watsonem wygląda jak ta między House’em a jego przyjacielem Wilsonem: kłócą się, ale lubią i wspierają nawzajem.
Ich przygody, logiczne podejście do wielowymiarowego problemu, błyskawiczne reakcje na niespodzianki i to wszystko okraszone dowcipem Sherlocka. Do tego kilka zaskakujących sytuacji, także - wydawałoby się - błahych. Ot, żeby uratować od śmierci świeżo poślubioną żonę Watsona słynny detektyw… wypycha ją przez okno z pędzącego pociągu. Film Guya Ritchie dobrze się ogląda. Także dzięki – moim zdaniem – dwóm innym atutom.

Po pierwsze: klimat Londynu i Paryża końca XIX wieku. Kamienice ze zbliżeniami na detale (kraty, kałuże wody i nie tylko wody…), panorama na dachy miasta, suknie i przepych strojów podczas balów z wyższych sfer. Poznajemy wnętrza pociągu sprzed ponad 100 lat, podpatrujemy, jak arystokracja chadza do miejsc gwarantujących wszelaką zabawę. Do tego ujęcia kamery pędzącego pociągu czy wyprawy konno na tle ośnieżonych gór i stromych zboczy. A propos pociągu: londyński peron, ujęcia kamery z góry, biało-szary surowy krajobraz i zamek (bodajże w Alpach), to sceny żywcem wzięte z… mojego ulubionego Harry’ego Pottera.

Po drugie: dźwięki. Ścieżka dźwiękowa to zgrabnie połączona muzyka z efektami (stukot kół pociągu, spływająca woda, strzały…), które idealnie współgrają. Np. walc Straussa przechodzi w niepokojące rytmy sugerujące, że zaraz coś się stanie, potem znowu fragmenty Straussa, strzał, i muzyka… Na moje ucho to jeden z lepszych pod względem dźwiękowym filmów. Dzięki temu jest tempo, napięcie. To dobry film dla osób niewidomych, a zważywszy na to, że lubelskie Kino Bajka wprowadza filmy z audiodeskrypcją, to niewidomi powinni wybrać się właśnie na Sherlocka Holmes’a. I nie tylko niewidomi. Dwie godziny dobrej rozrywki. Plus kawa latte i o dołku można zapomnieć.

środa, 1 lutego 2012

Czubaszek czy czubek?

Dwa razy usunęła ciążę. Przynajmniej tak twierdzi.
- Nigdy z tego powodu nie miałam traumy, tylko mówiłam: Boże, jak to cudownie, że ja to zrobiłam. Gdyby się zdarzyło, że zaszłam w ciążę, i byłby to siódmy czy ósmy miesiąc, to ja bym skoczyła z któregoś piętra, pod pociąg bym się rzuciła, ale na pewno bym tego dziecka nie urodziła – powiedziała w materiale telewizyjnym (cytuję za portalami plotkarskimi). Kto? Nie żadna hollywoodzka gwiazda, nie szalona popowa czy zapomniana rockandrollowa piosenkarka. Maria Czubaszek.

Felietonistka, dziennikarka, satyryczka, autorka piosenki „Wyszłam za mąż zaraz wracam” i wielu innych. Maria Czubaszek, lat 73, żona uznanego muzyka Wojciecha Karolaka (jej drugi mąż). Bezdzietna. Od ponad 40 lat związana z radiem. Od blisko 60 lat paląca papierosy (teraz podobno 3 paczki dziennie). Częsta bywalczyni telewizji śniadaniowej, serialu improwizowanego „Spadkobiercy” i programu „Szkło kontaktowe”. W jednym z wywiadów powiedziała, że nie lubi i nie potrafi gotować, sprzątać i prasować. I że nie lubi dzieci.
A ja ją lubiłam. Do wczoraj.

To S. z niedowierzeniem i szokiem podała mi na fb link do wypowiedzi z powyższym tekstem włącznie. Nie mogłam wyjść ze zdumienia. I nie chodzi o samą aborcję. To osobny temat. Jestem przeciw, ale potrafię uszanować (choć nie zawsze zrozumieć) decyzję ludzi, którzy zdecydowali się na usunięcie ciąży. Nie jestem jednak w stanie zrozumieć, co trzeba mieć w głowie, by aborcją się wręcz chwalić, w dodatku zapewniając, że wolałoby się popełnić samobójstwo, niż urodzić dziecko. To nie wszystko, Czubaszek jeszcze cieszy się (!), że dwa razy usunęła ciążę, okraszając to słowem „cudownie”. Brr.

Czy to w ogóle ludzkie zachowanie? Nie wierzę, by nawet jedna z czołowych polskich feministek Wanda Nowicka, oficjalnie popierająca aborcję (prywatnie matka trzem synom), była w stanie chwalić się ewentualną aborcją (nie wiem, czy kiedykolwiek jej dokonała) i do sprawy odnosić się tak lekko i bezproblemowo. Nie wierzę, że normalna kobieta, która usunie ciążę (bez względu na wiek płodu), potraktuje to jak przyjemność lub zwykłą rzecz niczym mycie zębów lub malowanie odrostów. Nie wspomnę o tych, które poroniły: ból zostaje na długo, trudno sobie z nim poradzić, a trzeba wrócić do normalności (świetnie opisała to Justyna Bargielska w „Obsoletkach”).
Do przechwałek o aborcji (niektórzy powiedzą, że to nie przechwałki, tylko stwierdzenie przez Czubaszek faktów) znana satyryczka dodaje zapewnienie o samobójstwie, gdyby… Dochodzi więc nieludzkie traktowanie siebie.

Czy za te słowa nie powinien się nią zająć psychiatra? Nie mówię tego złośliwie, tylko poważnie. Przecież normalny człowiek tak się nie zachowuje (i znowu: nie chodzi  mi o samą aborcję, ale o treść i formę wypowiedzi).

Zastanawiam się, jaki oddźwięk te słowa będą miały w mediach i w społeczeństwie. Czy Czubaszek wciąż będzie brylować w „Dzień Dobry TVN”? Nie chcę wierzyć, że inteligentna Wellman lub Prokop zechcą z nią rozmawiać. Czy wręcz przeciwnie – wszystkie stacje zapraszać ją będą tym chętniej, bo większą niż dotąd publiczność przez ekranami zgromadzi kobieta, która nie potrafi trzymać języka za zębami? Bo skoro tak dziarsko i zaczepnie mówiła o usunięciu ciąży, to może równie ciekawie powie o problemach z dzieciństwa? Może okaże się, że przed snem lubiła się samookaleczać? Albo że jako 15-latka sypiała z dorosłymi sąsiadami? Albo że bije ją mąż? A najlepsze: że to wszystko było i jest dla niej normalką?

Co za czasy??? Już wolę, jak się ludzie chwalą dziećmi (moje takie zdolne, takie ładne, takie mądre…), niż tym, że mogli je mieć, ale z radością zamordowali. A najlepiej niech się chwalą samochodami.

PS Gdy coś mi się nie podoba, okazuję to w sposób konsekwentny.
Gdy raz zrażę się do obsługi w restauracji, już do niej nie pójdę, nawet gdyby była jedyną otwartą w mieście.
Gdy ogólnopolska Gazeta Wyborcza w sposób nierzetelny (za zgodą i za przymknięciem oka na wiarygodność i styl tekstów już w redakcji w Lublinie) opublikowała historię 14-letniej lublinianki, która „chciała usunąć ciążę, a ksiądz jej nie pozwalał”, od tamtej pory nie kupuję tego dziennika. W czerwcu miną 4 lata. Troszkę kasy zaoszczędziłam, a GW straciła.   
Gdy ktoś popiera osobę, której nie szanuję, bo kłamie i manipuluje, traci w mych oczach i zrywam z nią bliższe relacje.
Gdy ktoś dowcipny i błyskotliwy opowiada rzeczy, które są niezgodne z moim poczuciem moralności i normalności, przestaję czytać jego teksty, oglądać go w telewizji i oglądać tych, którzy do przykładowej telewizji go zapraszają. I na pewno nie kupię jego książki.      

Mały sprzeciw? Wierzę, że nie będę w tym sama. Bo mimo wszytko wierzę w ludzi. Także tych jeszcze nienarodzonych.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Kłamstwo czy PR?

- Makijaż i dobra fryzura jeszcze żadnej nie zaszkodziły – powiedziała bohaterka jednego z amerykańskich filmów. I coś w tym jest.

 Przed wyjściem z domu lepiej nałożyć jakieś pudry, róże, pociągnąć rzęsy tuszem, a włosy zgrabnie ułożyć. Lepiej też przykryć wypryski, wory pod oczami, rozświetlić twarz cieniami czy błyszczykiem.

Dobry wygląd dodaje pewności siebie. Jak cię widzą, tak cię piszą. Jak czegoś nie możesz załatwić argumentem słownym, pomoże uroda. Ładnym i zadbanym jest w życiu łatwiej. Itp.

Dlatego K. skorzystała z fryzjera, kosmetyczki i makijażystki, zanim spotkała się ze swoim ukochanym, którego dawno nie widziała.

A może nie ma co udawać?

- Zwracam uwagę na urodę, to naturalne, nie? A ty nie patrzysz, czy facet jest przystojny? – pyta W.
- Kiedyś obudziłem się rano, obok leżała A., spojrzała na mnie i uśmiechnęła się, a ja widziałem tylko jej zmarszczki. A przecież nie jest taka stara! Miałem ochotę uciec! – opowiadał niegdyś G.
- Tak, poranki obnażają prawdę – przyznaje K.
- Nie boisz się, że kiedyś i tak prawda o twym wyglądzie wyjdzie na jaw? I rozczarowanie będzie tym większe?

I jeszcze jedna sytuacja. Kupując bieliznę A. wybierała bieliznę typu push-up (tzn. stanik podnoszący, powiększający optycznie piersi). S. odradzała: - Po co ci taki? Jak dojdzie co do czego, to on przecież i tak się przekona…

2 godziny później. W samochodzie z B. i C.
- Przecież pierwsze wrażenie jest najważniejsze. Dziewczyna bez makijażu, z nieułożonymi włosami i kiepsko ubrana nawet nie zwróci mojej uwagi – mówi C.
- Też wolę zadbanych mężczyzn. Może bez makijażu, ale z ładnie wystylizowanymi włosami i w dobrych ciuchach – potwierdza B.
- Ale z tym łóżkiem to bzdura! Żaden z moich kumpli nigdy nie skarżył się, że dziewczyna rano wyglądała brzydko. A wieczorem? Hmm, gdy dojdzie do tego, że mężczyzna z bliska zobaczy ten push-up, to uwierz, na wielkość piersi wtedy na pewno już nie zwróci uwagi, inne rzeczy będą ważne…
- Nie chodzi o to, by codziennie mieć tonę makijażu na sobie i włosy spryskiwać litrami lakieru. Widziałaś dzisiejsze gimnazjalistki? One często mają więcej na sobie niż 30-latki. Brr. Ale z drugiej strony jak kobieta przed ślubem dba o siebie, a po nim kosmetyki odstawia na bok i nawet nie chce jej się pomalować odrostów, to źle wróżę jej małżeństwu.
- To naturalność powinna być w cenie – próbuję przekonać rozmówców.
- Ale z natury właśnie chcemy wyglądać jak najlepiej. I wszyscy różnymi metodami dbamy o swój PR. W firmie, w biznesie, także prywatnie. A jak cię widzą…

czwartek, 26 stycznia 2012

Nie ma przypadków?

Kiedy jesteś przemęczona, bez makijażu, kiepsko ubrana, bo właśnie wyskoczyłaś do sklepu po pieczywo i mleko, i spotykasz jego, swojego eks – przypadek?
To ma ukryte znaczenie, nie ma przypadków….
Od miesiąca po głowie chodzi ci piosenka, której tytułu i wykonawcy za nic sobie nie możesz przypomnieć. I nagle na małej półeczce w sklepie ze ‘wszystkim’ – szukając serwetek -  znajdujesz TĘ płytę. Przypadek?
Wyczekałaś, nie ma przypadków…
Marzy ci się wyjazd, gdzieś daleko, gdzie ciepło, oderwanie od realności, odpoczynek… I nagle podczas obiadu, gdy siedzisz w firmowym barku nad talerzem placków ziemniaczanych, dostajesz propozycję bezpłatnego rejsu po Morzu Śródziemnym… Przypadek?
No co ty, zasłużyłaś. Nie ma przypadków.
Spacerujesz po obcym mieście, w obcym kraju, za oceanem, głodna, narzekając na ich ‘napuszony’ chleb i kiepskie sałatki ziemniaczane. I nagle spotykasz Polaków, którzy… prowadzą sklep z polskim jedzeniem, do którego cię zapraszają i częstują pysznymi swojskimi kanapkami. Przypadek?
Po prostu Polacy są wszędzie. Nie ma przypadków.
Wchodzisz do sklepu i na wieszaku wisi sukienka: śliwkowa, dobrze skrojona, z idealnym dekoltem, z małym rozporkiem z tyłu, jak ulał pasująca do twego nowego żakietu. Zerkasz na cenę. Ups. Dwukrotnie więcej, niż możesz sobie pozwolić. Ale kupisz, bo jest ładna, opłaca się, Będziesz jeść chleb i wodę, ale sukienka zrekompensuje tę przymusową dietę… A może jednak cię na nią nie stać? Bzdura, zaoszczędzę na czymś innym. I nagle kolejny problem: nie ma twego rozmiaru. Zrozpaczona wychodzisz ze sklepu. Przypadek?
Tak miało być, kończ z rozrzutnością. Nie ma przypadków.
I jeszcze typowy serialowy przykład: nie zdążyłaś na pociąg albo wróciłaś wcześniejszym samolotem i zastałaś swego męża z inną (lub – jak ostatnio Na Wspólnej – z innym). Przypadek?
Nie ma przypadków. On jest draniem, zawsze ci to chciałem powiedzieć…
A może nie przesadzajmy?
Gdy jedna z bohaterek „Gotowych na wszystko” mówi do drugiej: -To przypadek! Ta odpowiada: - Nie ma przypadków. Na to Gaby: -Gdyby nie było przypadków, nie istniałoby takie słowo. ;)
Samych pięknych przypadków Wam życzę.

środa, 25 stycznia 2012

Deskowanie

Podziwiam ludzi z pasją. Ania robi prześliczną oryginalną biżuterię, zarówno z kamieni, nici jedwabnych, jak i z… gwoździ czy łańcuchów. Juliana wymyśliła i szyje urocze filcowe torebki, które łączą klasykę i oschłość ze słowiańskimi zdobieniami. Sara pasjonuje się modą i superciuchy potrafi znaleźć nawet w ciuchlandach; potem łączy te fatałaszki z czerwonymi szpilkami, torebką vintage i… umieszcza na swym blogu, który ma rzesze fanów. Podziwiam Muzamana, czyli Przemka, który uprawia beatbox i za pomocą gardła, języka, ust naśladuje różne instrumenty. Siły i odwagi zazdroszczę Michałowi i innym, którzy uprawiają wspinaczkę skałkową i za przygodą potrafią wyjechać nawet do RPA.
Ale zrozumieć nie mogę… PLANKINGU.

Planking (za Wikipedią) to zabawa polegająca na kładzeniu się w miejscu publicznym, na brzuchu, twarzą w dół i z rękami wyciągniętymi wzdłuż ciała, i fotografowaniu się w takiej pozycji. I tak np. ludzie – widziałam na filmie – kładą się na stole w restauracji, na czubku pomnika w centrum miasta, na skrzynce pocztowej na chodniku oraz w naprawdę dziwnych i często niebezpiecznych miejscach. W maju ub. roku pewien Australijczyk, bawiąc się w planking na balkonie, zabił się spadając z siódmego piętra. Po tej tragedii nawet premier Julia Gillard zaapelowała do graczy w planking o szczególną ostrożność.

Nazwa planking pochodzi od angielskiego słowa plank czyli deska; planking dosłownie to deskowanie. ;)
Planking zrobił furorę w 2011 roku. Do Polski dotarł, ale nie stał się tu tak popularny. A to dziwne, bo Polacy lubią bezsensowne wygłupy, zwłaszcza po dużej ilości alkoholu… Dla mnie jedyną fascynująca rzeczą w plankingu jest… samo leżenie. Ale wybieram kanapę. I leżenia nie nazywam pasją czy aktywnością. Ani zabawą. Zwykle. ;)

PS Polecam:
www. misscferreira.blogspot.com i www.farbotka.pl oraz profil Anny Dziurawiec na fb.

wtorek, 24 stycznia 2012

To tylko telewizor

- Dzień dobry. Chciałam kupić telewizor.
- A jaki?
- Jakiś ładny i nieduży. Może 26 cali? I cenowo około tysiąca.
Mina sprzedawcy w MM – bezcenna. Mieszanina zdziwienia, dezaprobaty i… pogardy.
- 26-calowe mamy tylko dwa, te tutaj. Ale i tak są nieco droższe… Dziś tak małych się nie opłaca kupować.
I sprzedawać - domyślam się.
- Ale ja nie potrzebuję większego.
- To proszę się jeszcze zastanowić.
- Może pan jednak nam coś o tych telewizorach opowie?
Sprzedawca zdumiony musiał jednak kilka zdań o telewizorach sklecić, zbytnio nie zachęcając jednak.

Mały telewizor? Za tysiaka?
Przecież telewizor świadczy o statusie jego właściciela. Trzeba mieć duży ekran w salonie, nawet jeśli nie mamy czasu go zbytnio oglądać. Rodzina w święta będzie podziwiać, na pytanie kolegi od niechcenia rzucisz ’47 cali’ i uznaną markę z górnej półki, nie jakieś badziewie. I nie musisz się przyznawać, że kupiłeś na raty.

Joey w serialu „Przyjaciele”, miłośnik telewizji, a dokładnie pornoli i serialu „Słoneczny patrol”, na słowa znajomej, że nie ma telewizora, mocno zdziwiony odpowiedział: - To według czego ustawiasz meble w salonie? 

- Zdecydowała Pani?
- Na razie dziękuję, rozejrzę się jeszcze.

Dlaczego jest mi niezręcznie? Czy to, co czuję, to… wstyd? Przecież tysiąc złotych to nie tak mało. Można za to kupić płaszcz i kozaki albo 20 płyt z muzyką, albo połowę tygodniowych wczasów w Egipcie, albo skórzaną pufę, albo 2 bilety w obie strony tanimi liniami do Paryża. Dlaczego jest mi niezręcznie? Przecież telewizor wbrew pozorom nie jest – tak jak np. lodówka - produktem niezbędnym i nie musi być dużych rozmiarów… Przecież nie będę tłumaczyć temu sprzedawcy, że zamiast dużego telewizora, który i tak by mi zagracił pół pokoju, wolę kupić parę książek, brakujące garnki, zaplanować kino i knajpę. Życie to ciągłe wybory, duże i małe.

OK, brakuje czasu. Przyjedziemy jutro.

Kolejny dzień, kolejny sklep. Telewizorów 26-calowych bodajże 5. I to bez rewelacyjnych opcji, za to cenowo droższe.
– Może jednak pomyślisz nad trochę większym? – M. delikatnie rozpoczyna przekonywanie.
- I będę go oglądać z kuchni?
- 32-calowy nie jest aż tak duży, a tu wybór jest znacznie większy i te telewizory mają więcej atutów. I ceny są niewiele wyższe od 26-calowych.
- Ale czy tego potrzebuję?
- To inaczej: który Ci się podoba?
- Hmm. Różnica niewielka, wszystkie mają czarną obudowę…
- Ważne, co mają w środku.
- No właśnie, pewien technik przekonywał, że nawet najsłynniejsze marki w środku mają elementy 3 różnych mniejszych firm. Po co więc kupować telewizor ze względu na nazwę?
- Nie na nazwę, tylko na markę i na potrzebne opcje.

Uległam. Niech będzie 32-calowy. A skoro tak, to niech ma najważniejsze opcje: LCD, LED, 100 Hz, Full HD, opcja odtwarzania filmów czy zdjęć przez USB… 

- Poproszę telewizor.
- Który?
- Ten – wskazuję na półkę.
- Spośród telewizorów tej wielkości wybrany przez panią jest najlepszy, ma prawie wszystko, co powinien mieć.
Rosnę z dumy, M. się cieszy.
- Ups. Tylko został nam z ekspozycji… Sprawdzę drugi sklep. Tam też tylko ekspozycja. Przykro mi. Ale dwa egzemplarze są w sklepie w Świdniku.  
Dziś już nie ma czasu. Po 15-tej Lublin zakorkowany.

Kolejny dzień, tym razem w południe, jedziemy do Świdnika. Wyjazd z centrum Lublina, zakup telewizora i powrót zajmuje mniej niż poprzednie wyprawy.
Dobierając pieniądze z bankomatu przez kilka dni (limit dziennych wypłat) uskładałam stosowną kwotę. Znacznie wyższą od pierwotnie zakładanej. I zostanie jeszcze w portfelu na obiad i kawę.
- Poproszę TEN telewizor.
- Dobrze, już idę do magazynu. A specjalną listwę pani ma? Bo inaczej nikt nie uzna pani ewentualnej reklamacji.
- Ile kosztuje ta listwa?
- Tylko 79 zł.
Taa, kolejny zakup… Ja to potrafię zaoszczędzić. Aż boję się sprawdzać stan konta.
- Poproszę.
- Płaci pani kartą czy gotówką?
- Telewizor gotówką, listwę kartą.
Co za czasy…


 


poniedziałek, 23 stycznia 2012

Czysta przyjemność


Poniedziałek. Od rana praca. W tzw. wolnym zawodzie wiele może zaskoczyć, nie zawsze więc o 8:00 wiem, co będę robić o 15:00 czy 19:00. A tu jeszcze trzeba zaległości „biurowe” uzupełnić, a tu zgrać wywiad na płytę dla gościa, a tu telefon – który wczoraj milczał –dzwoni co chwila. Trudno więc dziwić się, że wieczorem człowiek marzy o jedzonku, wygodnym fotelu, chilloutowej muzie (ewentualnie kolejnym odcinku „Na Wspólnej” lub „Dr House” ). Dlatego tym bardziej cieszy, gdy – wbrew zmęczeniu czy nawet wbrew logice – uda się czas wolny zagospodarować innymi przyjemnościami. Zwłaszcza niezaplanowanymi.

Poprzedni tydzień był cudowny. Pracy sporo, ale… Najpierw genialni „Bracia Karamazow” Teatru Provisorium – spektakl z wyższej półki (oczywiście oglądałam, nie grałam…). Potem mini-koncert Čači Vorba w Szerokiej i pieszczoty gardła w wydaniu pigwówki oraz sałatki z boczkiem i kurkami. Do tego „Sztukmistrz z Lublina” w wersji jednego aktora w świetnym wykonaniu Witka Dąbrowskiego, z bajglami na deser. I choć po spektaklu musiałam wrócić do pracy, to jednak taki kolejny kulturalny wieczór wyłącznie dla przyjemności, nie z zawodowego obowiązku, był nieoceniony. 

W piątek telefon:
- Aga, przyjdź do mnie, mąż ma nocną zmianę, córka u rodziców, będzie K. i coś dobrego…   
- Ale ja od rana w pracy, potem kupuję telewizor i jeszcze jakąś debatę na KUL-u prowadzę
- Daj spokój, piątkowy wieczór trzeba wykorzystać.
I ma rację M. Wieczór więc spędziłam śmiejąc się, plotkując, dyskutując, jedząc, pijąc, a w tym wszystkim towarzyszyła nam Adele występująca w Royal Albert Hall.

Piątek piątkiem, ale sobota w domu, i to w imieniny, nie jest najlepszym pomysłem. Szybkie telefony i wiadomości na fb i tak wyszło kino, w którym do rozwiązania zagadki prowadził Craig – Bond i „Dziewczyna z tatuażem”. Zamiast wykwintnie podanego w filmie łosia zjedliśmy sałatkę z łososiem, a potem kolejne puby, kolejni znajomi, którzy do nas dołączali, kolejne smaki podane na stół, kolejne toasty…
Niedziela spokojna. Skoro dzień wolny, a schabu kupionego trochę więcej, koniecznie obiad należy zjeść w miłym towarzystwie. I poleniuchować w towarzystwie też.

To był udany tydzień.
Nie piszę tego po to, aby się chwalić. Nie piszę też po to, by podkreślić, że nad Creamy czy Fashiony wolę teatr lub restaurację. Po prostu po raz kolejny stwierdzam, że czas spędzany w dobrym towarzystwie jest nieoceniony. Gdy dołożymy do tego ciekawe wydarzenie kulturalne lub rozrywkowe, stanie się bezcenny. A NAJLEPSZE są wyjścia niezaplanowane.

Kilka tygodni umawiałyśmy się z K. i E. do kina. I nie mogłyśmy znaleźć wspólnego terminu, wciąż coś wypadało. Kilka miesięcy wybierałam się na „Sztukmistrza…”, ale przeszkadzały w tym obowiązki, zmęczenie lub lenistwo. Gdy więc w środę Witek zaprosił na spektakl czwartkowy – bez wahania i z przyjemnością zaproszenie przyjęłam.
Poza tym zauważam, że im więcej robię w pracy, tym intensywniej mam ochotę odpoczywać i odreagowywać. A gdy weekend wolny i leniwy, tym bardziej leniwie do całotygodniowych obowiązków podchodzę.

Wiem, puenta tego tekstu nie jest ani zaskakująca, ani ambitna. Po prostu: nieplanowane spotkania w miłym gronie (i z dodatkowymi niespodziankami) mają na mnie pozytywny wpływ i to procentuje. Potrzeba tylko chęci, towarzystwa i pretekstu. Czego sobie i Wam życzę.